Znajdziemy się w damsko męskim świecie...

Przeczytasz trochę o kobietach, trochę o mężczyznach, o tym co nas łączy i dzieli! Mój punkt widzenia!

Jeżeli coś mnie w ciągu dnia zaciekawi - opiszę to!

Będę opisywać codzienne sytuacje, zwykłe rzeczy, ale z mojego punktu widzenia.

Tematy mody i urody nie będą Ci obce...

Pokażę Ci najnowsze trendy. Dowiesz się co jest modne i na topie w tym sezonie. Zadbam razem z Tobą o naszą urodę, pokażę co możesz robić, by czuć się wspaniale we własnym ciele.

Miej otwarty umysł..

Będę motywować, inspirować i pozytywnie Cię nakręcać każdego dnia. Taki mam plan!

sobota, marca 01, 2014

Agito - więcej u Was nie kupię!

Moi Drodzy!
Dziś nietypowy wpis, ale mam nadzieję, że przeczytacie go uważnie i puścicie dalej ku przestrodze innym.

Jeżeli śledzicie mnie od jakiegoś czasu, to wiecie, że skończyłam etap urządzania mieszkania i szczęśliwie przeprowadziłam się na swoje. Opisywałam Wam wszystko ze szczegółami, dzieląc się i tym co fascynujące, ciekawe i wyjątkowe, jak również tymi mniej przyjemnymi aspektami.

Chciałabym powiedzieć, że cały proces mam już za sobą i mogę cieszyć się samodzielnym mieszkaniem, ale niestety, to zapewne wspaniałe uczucie przyćmił jeden fakt, a dokładnie jedna bardzo nieudana transakcja. 

Kupiłam w firmie Agito (www.agito.pl) sprzęt AGD na łączną kwotę ponad 2600 pln (piekarnik i lodówkę). Firma z ponad 10 letnim doświadczeniem na rynku, która na swojej stronie chwali się certyfikatami "solidna firma" oraz wieloma wyróżnieniami, które mają wywołać w potencjalnym kliencie poczucie bezpieczeństwa przy zawieraniu transakcji niestety w moich oczach rysuje się jako mało przyjazny klientowi partner.

Oba dostarczone sprzęty przyszły do mnie uszkodzone, z czego piekarnik nie nadaje się w ogóle do użytku (w drobny mak zbita szyba drzwiczek). Po trwającym 2 tygodnie procesie reklamacyjnym dostałam odpowiedź negatywną i Agito umyło ręce od sprawy, sugerując dochodzenia swoich spraw w firmie przewozowej DHL. 

Umowę zakupu podpisałam z firmą Agito, a nie z firmą przewozową DHL i to chyba naturalne, że z firmą Agito staram się wyjaśnić sporną kwestię. Firmie Agito powinno zależeć, by usługi, które świadczy ich podwykonawca były czynione z należytą starannością i na najwyższym poziomie. Jak widać, tak nie jest. Zarówno firma DHL, jak i Agito są ubezpieczone od tego typu wydarzeń, ale oczywiście odpowiedzialność najłatwiej zrzucić na klienta. 

Pewnie! Kasy mam jak lodu i mogę puścić jej trochę w eter!

Przyznaję, przesyłkę odebrałam bez zastrzeżeń, a szkody zauważyłam 4 dni później podczas próby instalowania sprzętu w mieszkaniu. Mimo wszystko ciężko sądzić, że najpierw zbiłam szybę piekarnika, a później prawdopodobnie ze złości zadałam trzy krótkie ciosy lodówce!!!???

Na tym etapie raczą rozżalonych klientów suchymi formułkami na zasadzie "kopiuj" i "wklej", które są odpowiedzią na każdą moją wiadomość bez względu na jej treść. Być może pracownicy mają problem z czytaniem ze zrozumieniem? 

W obecnych czasach silnej konkurencji i walki o każdego klienta uważam, że takie traktowanie konsumenta nie działa na korzyść firmy Agito. Zaufanie klienta zdobywa się przez lata, ale bardzo łatwo je bezpowrotnie stracić. 

Ja już wiem, że żadnej kolejnej transakcji nie przeprowadzę z firmą Agito.

Ku przestrodze!
Kiedy kurier dostarcza Wam cokolwiek do domu, otwierajcie przy nim przesyłkę. Nie wystarczy spojrzeć pobieżnie na karton. Wyjmijcie zakupioną rzecz i obejrzyjcie ją dokładnie, by nie być stratnym takich pieniędzy jak ja!

Dziś już minęły ponad 3 tygodnie od kiedy mój piekarnik zamiast służyć mi dzielnie podczas kuchennych zmagań, tarasuje mi przejście. Dziękuję Agito!

*Będę informować Was na bieżąco o postępach w tej sprawie. Jak wiecie lubię pisać i jestem cierpliwa, także zamieszczę opis tego wydarzenia w każdym możliwym miejscu w sieci, by jak najwięcej osób przestrzec przed podobną sytuacją.

Gdyby ktoś był zainteresowany, chętnie udostępnię całą wymianę korespondencji z firmą Agito.

fot.: agito.pl


środa, lutego 26, 2014

Mieszkanie solo. Jak to wygląda?

Generalnie super. Wszystko ma swoje miejsce i nie zmienia go pod moją nieobecność. Latam sobie z gołym tyłkiem pomiędzy łazienką, zagłuszając myśli głośną muzyką - czego chcieć więcej? Jest wszystko. Po dwóch latach odwyku mam też telewizor i odkrywam na nową jego uzależniające właściwości. 

Co dziwne na wyposażeniu znalazły się rzeczy, których nigdy nie potrzebowałam, nie kupowałam i nie myślałam nawet o tym by chcieć je mieć. Świeczki, ramki, kolorowe doniczki, wzorzyste poduchy, pledy - dziś odkrywam ich urok i ten etap wyposażania mieszkania podobał mi się najbardziej.

Tylko ciężko uzbierać całą pralkę np czerwonych ciuchów. Bo przecież ja mam tylko jedną sukienkę w tym kolorze i jakieś drobiazgi z kategorii bieliźnianej. Tak, mogłabym nastawić program na 1/2 prania, ale wtedy pralka podczas wirowania tak mi skacze, że o mało z szafki nie wyskoczy! Raz próbowałam i sporo energii mnie to kosztowało.

Podobnie mam ze zmywaniem. Coś zjem, napiję się i co dalej? Musiałabym tydzień czekać i kolekcjonować naczynia, by móc odpalić zmywarkę. Najczęściej kończy się tak, że wkładam do niej coś, a za chwilę wyjmuję i zmywam w zlewie. Ale po gościach zmywa się super ;)

Idąc dalej tym tropem, zajrzyjmy do lodówki. Do sklepu głodna już nie wchodzę, bo później nadmiar zakupów wyrzucam. Nie przyjmuję również wałówek od rodziców, bo już dwa słoiki zupy powitały się z kontenerem, a pierogi z duszą na ramieniu jadłam po tym, jak 5 dni leżały oczekując na swój czas w lodówce. Wędlinę kupuję na plasterki, a i to czasami jest zbyt wiele. Szkoda, że chleba nie można kupować na kromki...

Gotowanie obiadu dla jednej osoby, hmm ... póki co kończy się zawsze przejedzeniem, bo ciężko jest przygotować jedną porcję, a trzy dni wsuwać tego samego raczej nie będę.

Wszystko to sprowadza się do jednego - warto zainwestować we współlokatora ;)









niedziela, lutego 23, 2014

Jak się mieszka "na swoim"? Pierwsze wrażenia!

Na samym początku chciałabym Was bardzo przeprosić za dość długą nieobecność na blogu. Widzę, że odwiedzacie stronę, a ja nic dla Was nowego nie przygotowałam już ponad tydzień! Teraz się wstydzę...

... a teraz przejdźmy do sedna!

W mieszkaniu od samego wejścia pachnie nowością. Ponad 90% wyposażenia jest nowa. To niewątpliwie fajne uczucie, które ma jak się okazuje także swoje minusy. Jakie? A takie, że każda rysa mnie drażni, każdy włos, pyłek kurzu. Każde niedociągnięcie.
A przecież kanapa w końcu się wygniecie od siedzenia, biały ręcznik się zbrudzi, na armaturze zostaną ślady po kroplach wody, a na szafce ślady palców. Mogłabym wymieniać w nieskończoność. 
Rozpakowując swoje rzeczy, które przewiozłam z poprzedniego mieszkania stwierdziłam, że nawet stare, sprane dżinsy źle się prezentują w nowej, pachnącej szafie. Miałam ochotę je wyrzucić, by nie zakłócały mi odbioru. Wszystkie buty zanim znalazły miejsce na półce zostały wypastowane i wyszorowane. 

Jestem w fazie totalnego przewrażliwienia i na dywan póki co nie wejdę nawet w kapciach! Pod ręką mam zawsze zapas ręczników papierowych, płyn do drewna, płyn do szyb, płyn przeciw osiadaniu kurzu i osobny płyn do płyty indukcyjnej. Jest też oczywiście cała gama podstawowych, standardowych środków czystości. Mam tego więcej niż kosmetyków. Samych rodzai ścierek mam pięć! Pojawiły się u mnie produkty, o których używaniu nigdy nawet nie myślałam. Np. Calgon do ochrony pralki. Ile osób tego tak naprawdę używa?

Siedzę na kanapie i widzę, że książka nie trzyma symetrii z pozostałymi. Nie usiedzę dopóki nie wstanę i nie poprawię. 
Tak póki co mieszkam. Ciekawe kiedy wyluzuję. Na chwilę obecną nie jestem w stanie funkcjonować inaczej. Ład i porządek to moja schiza!







piątek, lutego 14, 2014

Urodzinowy finisz!

Kilka tygodni temu wpadłam na pomysł, co napisać w urodzinowym poście. Zapisałam szybko tą myśl, bo jak wiadomo myśl bywa ulotna. Miało brzmieć mniej więcej tak: Nie lubię urodzin. Przypominają mi o tym, że jestem nie tam, gdzie chciałam być.

Dziś, w dniu moich urodzin nie zgadzam się z powyższym zdaniem. Uwielbiam dzisiejszy dzień. Owszem, kiedyś myślałam, że moje życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Zaplanowałam je w najdrobniejszym szczególe. Wszystko było poukładane i spasowane w piękną kompozycję. Nie sprawdziło się, ale za to mam coś zupełnie innego i jest to równie fascynujące.

Kiedy około dwóch lat temu pomyślałam o kupnie własnego mieszkania nie wierzyłam, że jest to realne. Bałam się wypowiedzieć tą myśl głośno, by nie usłyszeć komentarzy typu: ale jak? Za co? To nierealne! Zapomnij!

Nie usłyszałam ich. I maszyna ruszyła.

Niesamowite jest to, że kiedyś nieosiągalną myślą wydawał mi się zakup laptopa. Kupiłam go. Kolejnym marzeniem była profesjonalna lustrzanka. Po pewnym czasie również i ją kupiłam. Później zapragnęłam wydawałoby się najbardziej nierealnego. Chcę mieć swoje mieszkanie. I dziś właśnie się w nim obudziłam. To uświadomiło mi jedną podstawową rzecz: chcieć to móc i nie ma rzeczy niemożliwych! Komunał? Tak, ale ilu z nas nie wierzy?! Wielu!

A ja na swoim przykładzie już to wiem! Bo warto. I warto mieć wokół siebie takie osoby, jakie szczęście mam posiadać ja. Pchają w górę, nigdy w dół!

Mogę odhaczyć kolejne zrealizowane przedsięwzięcie i wyznaczyć sobie następne! Bezcenny moment!









poniedziałek, lutego 03, 2014

Lekcja I - słodka idiotka drzemie w każdej z nas! Warto czasem ją odnaleźć.

Mężczyźni są coraz mniej męscy, a z moich obserwacji wynika, że doskonale radzimy sobie bez nich. Nawet orgazmy przeżywamy lepsze bez ich udziału.

Współczesna kobieta jest zaradna, pewna siebie, osiąga sukces i panuje nad swoim życiem. Radzi sobie w każdej sytuacji i nie boi się wyzwań. I to jest wspaniałe! Jest silna i niezależna. Ale jest też sprytna i przebiegła, a do tego wszystkiego ma jeszcze mężczyznę, którego matka natura zesłała byśmy miały z niego pożytek. A skoro go mamy, to nie musimy zawsze być takie niezależne i silne, a czasami możemy skorzystać z naszej umiejętności trzepotania rzęsami i zamienić się w kruchą, słodką idiotkę, która bez silnego męskiego ramienia w życiu sobie nie poradzi...!

By nie odzierać naszych wspaniałych panów z resztek męskości, pozwólmy im czasami napiąć muskuły i zatargać nasze siatki na trzecie piętro. Niech później dumni i wyprostowani chodzą do samego zmroku. W końcu niemal uratowali z ciężkiej opresji kruchą istotę. Przecież te torby mogły nas skrzywdzić,  trwale uszkodzić, ba może nawet zabić!

Coś przecieka? Coś się zapchało, zatkało? Nawet nie myśl o tym, by zakasać rękawy i tarzać się po podłodze w poszukiwaniu przyczyny usterki. To brudna i śmierdząca robota, od której my powinnyśmy trzymać się jak najdalej. Stań z boku i patrz - powinno się zaraz samo naprawić!

Coś co trzeba wnieść, przesunąć? Wiem, że sama byś sobie poradziła, ale pytanie po co? Nie ma nic bardziej męskiego niż możliwość napięcia swoich mięśni i pokazania siły, która w nich drzemie. Oni są do tego stworzeni, by przesuwać szafy, nosić worki, pudła no i ciebie! Nie odbieraj mu jedynego pola, w którym może jeszcze zabłysnąć. Ty przecież jesteś taka delikatna i nieporadna.

Znalazłaś nieproszonego gościa w domu? Pająk? Prusak? Inwazja mrówek? Kochanie, daj mu zwalczyć tego przeraźliwego potwora. Pozwól mu poczuć się jak bohater ratujący swoją królewnę z opresji. To przecież takie obrzydliwe, wstrętne i wielkie, a on takim zdecydowanym, silnym ruchem je unicestwił!

Plus tej damsko męskiej zabawy jest taki, że Twój mężczyzna jest dowartościowany, jego ego zostało odpowiednio mocno połechtane, i prężyć się może jak paw, a Ty dostałaś to czego chciałaś, przy czym ani Twoja fryzura ani manikiur pozostały nienaruszone. Bingo!



niedziela, lutego 02, 2014

Trudne rozstanie...

Był moim pierwszym. Długo na niego czekałam, często myśląc, że nigdy mi się nie przytrafi. Okazało się, że nie był wcale aż tak nieosiągalny i niedostępny. Przeżyliśmy wspólnie ponad 6 lat. Razem się uczyliśmy za dnia, a wieczorami oglądaliśmy wspólnie filmy. Zjeździliśmy pół Polski i kawałek Europy. Można powiedzieć, że prawie w ogóle się nie rozstawaliśmy.  Był powiernikiem moich największych sekretów. Wiedział dosłownie wszystko i zawsze tą wiedzę zatrzymywał tylko dla siebie.

Dobrze nam było razem, właściwie nigdy mnie nie zawiódł. Nigdy niczego nie komplikował ani nie utrudniał. Pozwalał mi na nieograniczony kontakt z przyjaciółmi. Nie miał pretensji gdy czasami zaniedbywałam go przez kilka dni lub wyjeżdżałam gdzieś, zostawiając go samego. Nie był zazdrosny, marudny ani nawet odrobinę nudny. Nie wymagał więcej niż delikatnego dotyku przed zaśnięciem.

Akceptował muzykę, której słucham, nieustanne buszowanie po sklepach i długie plotki z koleżankami. Wspólnie się uczyliśmy, planowaliśmy podróże, bywało, że śmialiśmy się nieustannie! Był nieocenionym pomocnikiem w załatwianiu wszelkich spraw.

A teraz ja okazuję swoją niewdzięczność. Zostawiam go dla innego.
To prawda, że ostatnio trochę wolniej trybił i czasami zawieszał się na dłuższą chwilę przy bardziej skomplikowanych czynnościach, ale wciąż jest w stanie mi służyć. Tylko warczy niesamowicie głośno, że w nocy spać nie można, a w kulminacyjnych chwilach nawet dźwięk z głośników zagłusza. Trochę mi szkoda tej wspólnej przeszłości, ale...

... ten nowy ma taką piękną linię, jest smukły i zgrabny. Leciutki, czuły na dotyk i reaguje w zawrotnym tempie. Rozdziewiczanie go daje ogromną satysfakcję. Z każdą minutą odkrywam jego nowe możliwości, chociaż początki mieliśmy trudne. Czuję, że połączy nas coś wyjątkowego!

To nowa, świeża i ekscytująca znajomość.

Żegnaj HP i witaj HP :)





środa, stycznia 29, 2014

Co gorsze? Być obojętnym, czy natrętnym?

W kwestii emocji i uczuć lubimy popadać w skrajność.

Rozmawiałam z koleżanką, która w euforii opowiadała o swojej nowej sympatii. Ciacho, chodzący ideał. Wysoki, inteligentny, z poczuciem humoru, ma pasje. Opisywała go z takim podnieceniem, tyloma detalami i przejęciem w głosie, że o mały włos sama się w nim nie zakochałam. 

Skończyła i cisza...

- No i? - pytam
- No nic. Tyle.
- Ale co dalej? Rozmawiacie, spotykacie się, będzie coś z tego?
- No coś Ty!!! Ja mu nawet w oczy nie patrzę jak go mijam! - odpowiedziała z odczuwalnym oburzeniem.

No tak. Najlepiej śnić sobie o takim po nocach, wzdychać do jego zdjęcia i czekać jak się chłopak domyśli, że ta oschła, wyniosła baba, która wpadła mu w oko, też zupełnie przypadkiem na niego leci!

Drążę temat dalej:

- a nie możesz do niego zagadać?
- chyba oszalałaś! Jeszcze pomyśli, że na niego lecę! 

... wiele by się nie pomylił - ale to już tylko dodałam sobie w myślach.

Potem zgdałam się z kolejną znajomą. Ta, od tygodnia wydzwania do faceta, którego poznała u znajomych na imprezie. Zdobyła jego numer, ale on po krótkiej wymianie korespondencji, przestał się odzywać. Zaznaczam, że nie minęła jeszcze doba od kiedy on tak ostentacyjnie milczy! Zostawiła mu w międzyczasie wiadomość na fejsie i raz nagrała się na pocztę. Teraz zastanawia się, czy nie podpytać wspólnych znajomych, czy nie stała mu się krzywda, czy nie zgubił telefonu, a jeżeli nie, to o co chodzi??? Ułożyła kilka zgrabnych wymówek dla niego, ale może on najzwyczajniej w świecie udusił się właśnie jej oddechem, bo nie dała mu chwili wytchnienia ani odrobiny przestrzeni?
- szkoda, że nie postanowiła czatować pod jego drzwiami, by z miną srającej kotki oczekiwać wyjaśnień tej ignorancji!

Prawdopodobne, że żadnej z nich się nie uda. Jedna nie robi nic, a druga aż za wiele.


wtorek, stycznia 21, 2014

Urządzam mieszkanie - cz. V - zawodowo wydaję kasę

Dopiero teraz zaczynam odczuwać jak wielką frajdą jest wydawanie kasy i robienie zakupów.
Umówmy sie, że wiedziałam to już od dawna, ale to co przeżywam teraz to orgazmiczne doznanie.
Tak, nigdy nie sądziłam, że kupno tostera lub czajnika da mi taka radochę, ale tak jest. Poprostu czuję, że jestem w swoim żywiole. I wiem skąd to poczucie...

Kiedy chodze po galeriach handlowych, zawsze gdy tylko coś mi wpadnie w oko nasuwa mi się myśl, nad którą zapanować nie potrafię: czy ja tego potrzebuję? a potem kolejna: czy to jest warte swojej ceny?

I tak połowa uroku i fanu znika, a w głowie toczy się walka. Walka rozrzutnej, beztroskiej mnie z tą powściągliwą, opanowaną i rozważną. Skutek jest różny, ale nawet jak wygra ta pierwsza to i tak satysfakcja z zakupów jest o połowę mniejsza. Gdzieś tam z tyłu głowy szamoczą się jakieś zabłąkane myśli w skutek których nie potrafię aż tak cieszyć się z kolejnej pary butów, na którą tyram w pocie czoła.

Ale wróćmy do tego co dzieje się ze mną teraz, bo ten stan jest fantastyczny! Wchodzę do sklepu, przemierzam półki, rzucam wzrokiem i omiatam okolicę, dokonuję błyskawicznego wyboru, chwytam za pudełko i kieruję się w stronę kasy. Zajebiste! 
Rozważna i opanowana JA siedzi cicho, bo doskonale wie, że ja poprostu tego wszystkiego potrzebuję! Toster - wiadomo! Kto nie miał sytuacji, gdy wracał późną nocą do domu po upojnej, pełnej szaleństw nocy i pierwsze kroki kierował do kuchni, by przygotować sobie ciepłego tosta z ciągnącym się serem i ketchupem? On poprostu musi być! Bez czajnika też się nie obędzie. Nawet teraz czuję tą zakupową euforię! 

Jeszcze nie wiem tylko do końca czy ten cały fenomen zakupowy to wynik tego, że urządzam swoje mieszkanie i to jest takie ekstra, czy to, że w końcu mogę kupować dużo i bez ograniczeń? Zupełnie mi nie przeszkadza, że nie kupuję sukienek ani torebek, a są to np. mop i deska do prasowania... to jeszcze warte jest przemyślenia.

poniedziałek, stycznia 20, 2014

Jestem człowiekiem ograniczonym

Nie myśl sobie, że tylko ja - Ty również jesteś ograniczony drogi czytelniku.
Nie piszę tego, by kogokolwiek obrazić. Piszę, by uświadomić Wam to, co dziś uświadomiłam sobie.

Zadałam sobie pytanie:

"Co byś zrobił/w co zaangażowałbyś się bez wahania, gdybyś miał pewność, że nie poniesiesz porażki?"

Bez chwili zastanowienia w mojej głowie zaczęły układać się odpowiedzi. Było ich kilka i trochę mnie to zaniepokoiło.

I właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem ograniczona. Ograniczona poprzez strach, obawę. 

I wkurzyłam się.

I postanowiłam to zmienić. No jeszcze tego byłoby mało, by jakaś słabość, nędzne odczucie lęku zapanowało nade mną i odbierało mi radość. Bez szans!


niedziela, stycznia 19, 2014

Urządzam mieszkanie - cz IV - terminy, a co to są terminy?

Kolejne odkrycie dotyczące urządzania mieszkania za mną: terminy nie istnieją, albo są bardzo płynne.

Śnilo mi się, że rano wstałam, wyjrzałam przez moje gigantyczne okno, omiotlam wzrokiem pół Warszawy, a potem na balkonie napiłam się kawy opierając nogi o barierkę. Tylko, że to niestety był tylko sen.
W rzeczywistości nie mam łóżka, nie mam kuchni, a na balkonie leży śnieg! Jedyne co jest, to wielkie okna i ten widok! Dobre i to.

Mam wrażenie, że od dłuższego czasu, gdy ktoś zadaje mi pytanie "kiedy się wprowadzasz?", ja odpowiadam "za tydzień". Tygodni mineło już wiele, a ja wciąż wszystkim mówię "za tydzień". Za każdym razem wydaje mi się to bardzo realnym terminem, aż do momentu gdy nie zadzwoni Magik i nie powie, że "Pani Marto, majstrzy dwa dni nie będą pracować, bo jeden ma tragedię w rodzinie", potem dzwonią ze sklepu, że musili na kilka dni wyłączyć piec hartowniczy (nie wiem czy tak on się na pewno nazywa) i na zamówienie będzie trzeba kilka dni dłużej poczekać.. Nawet sklepy internetowe mnie oszukują i najpierw piszą, że dostawa w 24h, a po złożeniu zamówienia dzwonią i mówią, że "potrwa to 2-3 dni, bo akurat tego sprzętu nie mamy w chwili obecnej na magazynie".

Wszystko miało być już teraz, zaraz, za chwilę, bez opóźnień, na czas. Najszybsze, najsprawniejsze, od ręki - acha! Na pewno! Takimi tekstami to oni ich, ale nie mnie!

Spoko, za tydzień sie wprowadzam :)


Kolejna dawka inspiracji wnętrzarskich:





pics.: 
www.myidealhome.com
www.pinterest.com
www.myworldapart.com




niedziela, stycznia 19, 2014

Tańczę solo!

Kiedy dana rzecz zależy tylko ode mnie, to wszystko jest w porządku. W takich sytuacjach doskonale wiem, że jeżeli coś mi sie uda to mogę sobie pogratulować i zafundować podwójną bitą śmietanę do kawy w nagrodę. Jeżeli dam ciała to tylko na własne życzenie. Wszystko to kwestia mojej motywacji, zaangażowania i starań włożonych w dane przedsięwzięcie.

Gorzej, jeżeli do pełni mojego zadowolenia i satysfakcji potrzebne są chęci tej drugiej osoby, a ona niestety nie chce współpracować. Moje wszelkie próby i starania idą na marne, a jakiekolwiek porozumienie wydaje sie być niemożliwe. Czuję, że nie mam nad pewnymi rzeczami kontroli, żadnego wpływu. To uczucie mnie denerwuje, frustruje, ale momentami również poprostu dobija. 

Każdy chciałby na swoim konce odnotowywać tylko sukcesy.

Podobno do tanga potrzeba dwojga, dlatego już wiem, dlaczego na parkiecie wolę tańczyć solo. 

Tak, jestem typem perfekcjonisty, a dodatkowo natura wrażliwca każe mi mocno przejmować się każdą, jedną porażką. Słowa tkwią we mnie i uwierają bardzo długo zmuszając do niekończącej się analizy. Wracają tyle razy, że już sama nie wiem jak brzmiały w pierwotnej formie. 

Szukam recepty jak odpuścić i wrzucić na luz.





sobota, stycznia 11, 2014

Urządzam mieszkanie - cz III - śmigło w dupie!

Już miesiąc minął od momentu kiedy odebrałam klucze i wraz z ekipą mojego Magika wkroczyliśmy do mieszkania. Pisałam już o trudach bycia dizajnerem, o kolejnych trudach dotyczących poruszania się alejkami sklepów budowlano-wykończeniowych, a dziś napiszę o kolejnej trudnej kwestii - o tym, że czerwona strzała musi być zawsze zatankowana i w gotowości, bo w trakcie remontu nie znasz dnia ani godziny kiedy sytuacja zmusi cię do podróży. 

Po miesiącu doświadczeń już wiem, że nie wyobrażam sobie dwóch rzeczy:

- nie posiadać auta
- remontować mieszkanie oddalone o długie kilometry od obecnego miejsca zamieszkania

Moje ostatnie tygodnie to niekonczący się kurs pomiędzy obecnym miejscem zamieszkania, nowym mieszkaniem a niezliczoną liczbą sklepów. W Leroy Merlin już witają mnie z imienia, w Castoramie od samego wejścia mam swojego osobistego doradcę. IKEA nie ma przede mną żadnych tajemnic, ich ekspozycje znam na pamięć. Pracuję jeszcze na obslugą w OBI, ale zapewne to kwestia czasu.

Jak dzwoni do mnie Magik, to od razu się spinam, bo zawsze zaczyna słowami: "Pani Marto, mogę zająć pół minutki?" Odpowiadam: "Pewnie". I kończymy po 15!

Codziennie robię obchód po wszystkich sklepach w okolicy. "Pani Marto, zabrakło 3 paneli", "Pani Marto brakuje dwóch białych płytek", "Pani Marto, trzeba dokupić jeszcze jedną srebrną listewkę", "Pani Marto, proszę podjechać, bo nie wiemy na jakiej wysokości montować półkę", "Pani Marto, Pani Marto, Pani Marto..." Ta historia nie ma końca.

W tygodniu, po wyjściu z pracy, zjeżdżam do domu przed 22.00 i zasypiam jak dziecko z trudem znajdując siłę, by zamienić z kimś jeszcze kilka słów.

Oprócz tego, że jestem szefem i wizjonerem to obstawiam stanowiko kuriera i centrali telefonicznej obsługując Mamę, Magika, Pana od drzwi, Pana od drugich drzwi, Pana kuriera i wszystkich innych miłych Panów po drodze.

Śmigło w dupie to za mało!

A! I żeby było jasne, wcale się nie użalam ;)

Druga część inspiracji...







fot. tumblr.com

niedziela, stycznia 05, 2014

Nowy rok - znów tylko przyszłość

Podoba mi się to stwierdzenie - znów tylko przyszłość, biała kartka...

Co prawda w filmie "42 - prawdziwa historia amerykańskiej legendy" chodziło o nowy sezon baseballowy, ale nowy rok kalendarzowy można zinterpretować podobnie. 

Czyste konto. Tak, jakby całą przeszłość zostawić za drzwiami. Rozpocząć od nowa, z nową energią, nowymi celami i oczekiwaniami. Duża eforia i całkiem pokaźny optymizm. Zobaczymy tylko na jak długo ich starczy.

W tym roku pierwszy raz nie mam żadnych postanowień. Po doświadczeniach z ostatanich lat wiem, że nie są mi one do niczego potrzebne, a z ich konsekwentną realizacją bywa różnie. Wystarczą mi te, które stawiam sobie na bieżąco.

Polecam Wam zrobić to samo.


czwartek, stycznia 02, 2014

Są tu jacyś cierpiętnicy? Masochiści? Niewolnicy? Sługusy?

Związki to ciężki kawałek chleba, albo jak kto woli orzech do zgryzienia. Trzeba mieć wyczucie, by wiedzieć jak dobrze je pielęgnować, by jak najdlużej cieszyć się urodzajem. Ponadto trzeba również w porę zdać sobie sprawę, kiedy ta ziemia plonów już nie przyniesie i należy podjąć działanie, by nie przyniosła strat.

Wszyscy wokoło żyją romantycznym wyobrażeniem o miłości. On i ona, łącząca ich iskra, nić porozumienia, pożądanie, uderzenie, kop, spojrzenie, magia... cokolwiek. Kiedyś i ja myślałam, że kiedy to mam, to cała reszta lekko, przyjemnie i spontanicznie się ułoży, a my będziemy ćwierkać i spijać sobie z dziubków do poźnej starości. 

Szybko zweryfikowałam swoje poglądy. Związek to ciężka orka. Zaczynasz mysleć nie tylko za siebie, ale już za dwoje. Musisz wiedzieć kiedy przybrać rolę matki, kiedy przyjaciela, a kiedy kochanki. Kiedy zwolić, a kiedy nadać tempa. Kiedy sie wycofać, a kiedy przeć przed siebie. Uczysz się czytać z twarzy, z oczu, z mowy ciała. Wciąż się zastanawiasz, zgadujesz, analizujesz, rozszyfrowujesz. Coś wyczuwasz, czegoś się spodziewasz, snujesz domysły a potem działasz. Czasami trafnie, czasami mniej. 

Pewnie pytacie w myślach - zgadujesz? rozszyfrowujesz? A może wystarczyłoby zapytać? Porozmawiać? Pewnie, że tak, ale to nie tylko kobiety na pytanie: "czy wszystko ok" odpowiedają "tak", a potem milczą do wieczora chodząc strute.

Napięcie rośnie. Cisza, aż dźwięczy w uszach. Zaczynasz chodzić na paluszkach i z partnerem obchodzić sie jak z jajkiem. Narastają konflikty, nieporozumienia. Po magii i pożądaniu pozostało już widmo przeszłości... co dalej?

Powiem Ci, co robisz Ty. Chodzisz na paluszkach dalej, nadskakujesz, kokietujesz, podlizujesz się, stajesz na głowie, by coś zmienić, stosujesz różne umizgi, schlebianie... Ciągniesz ten stan jeszcze kilka miesięcy (mam nadzieję, że nie lat) czekając, że chwilowy kryzys zaraz minie. Jaki jest koniec tej historii? Mogą być dwa:

- Twój partner odchodzi od Ciebie, pozostawiając Cię w głębokiej depresjii i smutku, obwieszczając, że pojawił sie ktoś inny. Ty byłeś za dobry, miękki, nudny, mdły, uległy - w efekcie zniewieściały. 

- Ty odchodzisz od partnera, bo nie wytrzymujesz ciągłej oziebłości, olewactwa i zupełnej obojętności.

Co łączy oba te rozwiązania?
Nienawiść do byłego partnera. Od miesięcy żyliście w letargu, stagnacji. Wasz związek staczał się i nieuchronnie prowadziło to do końca. Twój wkład w jego ratunek był nieoceniony, ale niewystarczający. Niewystarczający, jak zawsze, gdy rzecz zależy od dwóch osób, a nie tylko od Ciebie.

Co powinieneś zrobić? Odejść te kilka miesięcy wcześniej zachowując piękne wspomnienia i szacunek do drugiej osoby, a głównie do siebie.




wtorek, grudnia 31, 2013

Kilka spostrzeżeń z przedsylwestrowych przygotowań - studium mojego przypadku

Jest godzina 17.00, właśnie umęczona usiadłam w sypialni na łóżku. Rozglądam się dokoła i własnym oczom nie wierzę, że to pobojowisko powstało dzięki tym delikatnym rączkom. Moim rączkom. 

Teza nr 1. Kobiety muszą mieć garderobę.
Gdybym miała garderobę oddzielną, a nie w sypialni to moje łóżko nie wyglądałoby teraz jak ciuchland po eksplozji. Niestety znaczna większość zawartości szafy leży skotłowana właśnie na nim. Zanim wyjdę będę to musiała niestety posprzątać, bo jak wrócę sponiewierana nad ranem to ani mi w głowie walczyć z tymi szmatami.

Zaznaczam, że do tej pory nie znalazłam zestawu idealnego na ten wieczór. Zrobiłam postęp, bo o 14.00 miałam tylko buty. Teraz mam spódnicę, chociaż tutaj jeszcze nic nie jest przesądzone.

O 15.00 jeszcze latałam za rajstopami. W efekcie kupiłam 5 par! Czarne i cieliste, grubsze i cieńsze, a każde innej firmy. Zawsze mam stres, że jak je założę to zaciągnę, albo okaże się że mają za mało lajkry, albo za dużo, albo odcień nie taki. Teraz mam wybór. Chociaż jedna para musi być odpowiednia. 

Chciałam też kupić szampana i coś do chrupania. Biedronka - kolejka stała juz nawet po koszyk, a ta do kasy zawijała się gdzieś hen między regałami. Mój wzrok tak daleko nie sięgał. Poszłam do Simple - analogiczna sytuacja. Czy wszyscy dostali sraczki i muszą w Sylwestra robić zakupy?

Kolejny mój dzisiejszy paradoks. Przecież ja nie lubię Sylwestra, a szykuję się conajmniej jakbym na rozbieraną randkę szła. Nogi mimo że gładkie to musialam pro forma maszynką przejechać. Na twarzy mam maskę, która gwarantuje same cuda - więc czekam. Paznokcie malowałam dwa dni temu, ale muszę je pomalować raz jeszcze, no bo... no bo jak inaczej?! 

Czuję, że to dopiero początek moich przygotowań, a już jestem zmęczona. Nie wiem co przyniosą kolejne godziny, strach pomyśleć

Życzcie mi szczęścia i wytrwałośći.

Co za oksymoron, ale na szczęście ostatani w tym roku ;)