Znajdziemy się w damsko męskim świecie...

Przeczytasz trochę o kobietach, trochę o mężczyznach, o tym co nas łączy i dzieli! Mój punkt widzenia!

Jeżeli coś mnie w ciągu dnia zaciekawi - opiszę to!

Będę opisywać codzienne sytuacje, zwykłe rzeczy, ale z mojego punktu widzenia.

Tematy mody i urody nie będą Ci obce...

Pokażę Ci najnowsze trendy. Dowiesz się co jest modne i na topie w tym sezonie. Zadbam razem z Tobą o naszą urodę, pokażę co możesz robić, by czuć się wspaniale we własnym ciele.

Miej otwarty umysł..

Będę motywować, inspirować i pozytywnie Cię nakręcać każdego dnia. Taki mam plan!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą In my head. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą In my head. Pokaż wszystkie posty

niedziela, maja 24, 2015

No pewnie, że pracować w korpo jest najfajniej!

Fajnie bo:
  • Fajnie jak zasiądziesz do komputera o 8.00 to tylko niewyobrażalny skręt kiszek uświadamia Cię, że jest już 14.00 i warto byłoby coś zjeść.
  • Fajnie jak nie musisz jeść przy biurku.
  • Fajnie, że po jedzeniu nie masz zejścia i nie zasypiasz nad klawiaturą.
  • Fajnie jak w w tym samym czasie nie wchodzi tabun interesantów gadających jeden przez drugiego, zupełnie nie zwracających uwagi na to, że nitka spaghetti właśnie zwisa Ci z ust.
  • Fajnie, że jak odejdziesz od komputera i wrócisz za kwadrans, to odkopujesz się z maili kolejne 30 minut.
  • Fajnie jak masz w kalendarzu trzy spotkania jednocześnie i zawsze się dziwią, że nie było Cię na wszystkich.
  • Fajnie jak na większości spotkań zastanawiasz się po co w nich uczestniczysz; przecież tyle w tym czasie można zrobić, tyle telefonów można wykonać i odebrać, albo ile razy się wkurwić.
  • Fajnie, że wogóle większość spotkań to nie jest dyskusja z dupy.
  • Fajnie, że nigdy nie wiesz czy 25 stp które zapowiadała pogodynka to prawda, bo ty siedzisz w sweterku ze skostniałymi dłońmi od klimy.
  • Fajnie jak wogóle poczujesz tego dnia słońce.
  • Fajnie jak wogóle ogarniasz, która jest godzina i że ustawowo pracę kończysz 2 godziny temu.
  • Fajnie, że Ci płacą za nadgodziny.
  • Fajnie, że ktoś ci za to podziękuje.
  • Fajnie jest ciągle słuchać o naszym ważnym challenge, o tym, że deadline jest niestety krótki, ale to nasza wielka opportunity, aby improve nasze wyniki.
  • Fajnie jest słyszeć, że jesteś ważną częścią zespołu, że doceniają Twoje zaangażowanie i widzą potencjał.
  • Fajnie to słyszeć zawsze jak coś się wali.
  • Fajnie, że wszystko jest zawsze priorytetem.
  • Fajnie, że wszystko jest zawsze na wczoraj.
  • Fajnie, że aby coś załatwić musisz wypełnić 3 tabelki i wysłać zgłoszenie przez system.
  • Fajnie, że czekasz potem długie tygodnie.
  • Fajnie, że dostajesz odmowę, bo okazało się, że jedno pole jest nieuzupełnione.
  • Fajnie.
  • Fajnie, że jak planujesz urlop to dwa tygodnie przed siedzisz w robocie do zmroku.
  • Fajnie, że jak planujesz urlop to dwa tygodnie po siedzisz w robocie do zmroku.
  • Fajnie, że jak jesteś na urlopie to nie myślisz czy coś się właśnie nie wali.
  • Fajnie jest chodzić na urlop.
  • Fajnie, że już w niedziele wieczorem myślisz o poniedziałku.
  • Fajnie, że właśnie jest niedziela...

Zapomniałam o czymś fajnym?


fot.: tonyisabella.blogspot.com 

środa, czerwca 18, 2014

Nie chcę, ale i tak wstanę i zrobię... kiedyś

Weszłam do domu włócząc prawie nosem po podłodze. Zmęczona i może nawet trochę nie w sosie... ale to drugie muszę jeszcze zweryfikować. Jeszcze butów nie zdjęłam, a już komputer posmyrałam po touchpadzie, by zaliczyć stały rytuał: fejs, poczta, fejs. Wszystko to trwa 10 sekund, bo na fejsie od dawna wieje nudą, a na pocztę dostaję tylko SPAM.
Chciałoby się położyć i nic nie robić. Ale nie. Widzę te talerze na stole i te szklanki w zlewie i chociaż wmawiam sobie, że wcale nie muszę ich teraz sprzątnąć, że mogą tam jeszcze trochę postać to kiepsko mi idzie przekonywanie samej siebie. Im dłużej patrzę, tym więcej widzę. O! Lekko przyschnięte zielone badyle w doniczkach. No nie! Ale z drugiej strony przekąpać ich aż sześć to się zejdzie z 10 minut. Długo. Za długo jak na mój obecny stan. Czas mija, a mi się co raz bardziej nie chce.

Co robić? Rozsądnie byłoby wstać, ogarnąć wszystko i mieć z głowy. W sumie nie więcej jak kwadrans roboty. Szybko i po bólu. Ale ciało ani drgnie, nic się nie słucha.

Matko, jeszcze żelazko stoi do schowania i trzy bluzki rozrzucone podczas porannego szału kompletowania garderoby! Nie zdzierżę...

...ale się nie położę, ale też nie wstanę i nie ogarnę.
Pójdę do sklepu, a może po powrocie coś się zmieni i mi się zachce bardziej.



Siedzę...


i cholera widzę!

wtorek, marca 11, 2014

Gdzie ona jest? Odeszła. Czy wróci?

Byłam przekonana, że kiedy zamieszkam sama, ogarnę swoją przestrzeń i będę miała tyle spokoju ile zapragnę, to wpisy na blogu zaczną być bardziej systematyczne i uporządkowane. Nie mogłam mylić się bardziej. Porządek i harmonia, która mnie otacza zdusiła wenę. Po prostu odeszła. Pojawia się czasami, ale w najmniej oczekiwanym momencie. Zazwyczaj w takich chwilach kiedy nie mam możliwości, by zapisać daną myśl. Obiecuję sobie wtedy, że na pewno ją zapamiętam i zanotuję jak tylko znajdę odpowiednią chwilę. Bzdura. Nigdy nie udało mi się donosić weny.

Cierpliwości, ona wróci. Na pewno. Kiedyś...

fot.: ryjbuk.pl

poniedziałek, stycznia 20, 2014

Jestem człowiekiem ograniczonym

Nie myśl sobie, że tylko ja - Ty również jesteś ograniczony drogi czytelniku.
Nie piszę tego, by kogokolwiek obrazić. Piszę, by uświadomić Wam to, co dziś uświadomiłam sobie.

Zadałam sobie pytanie:

"Co byś zrobił/w co zaangażowałbyś się bez wahania, gdybyś miał pewność, że nie poniesiesz porażki?"

Bez chwili zastanowienia w mojej głowie zaczęły układać się odpowiedzi. Było ich kilka i trochę mnie to zaniepokoiło.

I właśnie w tym momencie zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem ograniczona. Ograniczona poprzez strach, obawę. 

I wkurzyłam się.

I postanowiłam to zmienić. No jeszcze tego byłoby mało, by jakaś słabość, nędzne odczucie lęku zapanowało nade mną i odbierało mi radość. Bez szans!


niedziela, stycznia 19, 2014

Tańczę solo!

Kiedy dana rzecz zależy tylko ode mnie, to wszystko jest w porządku. W takich sytuacjach doskonale wiem, że jeżeli coś mi sie uda to mogę sobie pogratulować i zafundować podwójną bitą śmietanę do kawy w nagrodę. Jeżeli dam ciała to tylko na własne życzenie. Wszystko to kwestia mojej motywacji, zaangażowania i starań włożonych w dane przedsięwzięcie.

Gorzej, jeżeli do pełni mojego zadowolenia i satysfakcji potrzebne są chęci tej drugiej osoby, a ona niestety nie chce współpracować. Moje wszelkie próby i starania idą na marne, a jakiekolwiek porozumienie wydaje sie być niemożliwe. Czuję, że nie mam nad pewnymi rzeczami kontroli, żadnego wpływu. To uczucie mnie denerwuje, frustruje, ale momentami również poprostu dobija. 

Każdy chciałby na swoim konce odnotowywać tylko sukcesy.

Podobno do tanga potrzeba dwojga, dlatego już wiem, dlaczego na parkiecie wolę tańczyć solo. 

Tak, jestem typem perfekcjonisty, a dodatkowo natura wrażliwca każe mi mocno przejmować się każdą, jedną porażką. Słowa tkwią we mnie i uwierają bardzo długo zmuszając do niekończącej się analizy. Wracają tyle razy, że już sama nie wiem jak brzmiały w pierwotnej formie. 

Szukam recepty jak odpuścić i wrzucić na luz.





niedziela, stycznia 05, 2014

Nowy rok - znów tylko przyszłość

Podoba mi się to stwierdzenie - znów tylko przyszłość, biała kartka...

Co prawda w filmie "42 - prawdziwa historia amerykańskiej legendy" chodziło o nowy sezon baseballowy, ale nowy rok kalendarzowy można zinterpretować podobnie. 

Czyste konto. Tak, jakby całą przeszłość zostawić za drzwiami. Rozpocząć od nowa, z nową energią, nowymi celami i oczekiwaniami. Duża eforia i całkiem pokaźny optymizm. Zobaczymy tylko na jak długo ich starczy.

W tym roku pierwszy raz nie mam żadnych postanowień. Po doświadczeniach z ostatanich lat wiem, że nie są mi one do niczego potrzebne, a z ich konsekwentną realizacją bywa różnie. Wystarczą mi te, które stawiam sobie na bieżąco.

Polecam Wam zrobić to samo.


poniedziałek, grudnia 30, 2013

Taka noc - Sylwester

Jest taka jedna noc w roku, kiedy musisz bawić się dobrze. A nawet powinnam powiedzieć więcej: musisz bawić się wybornie, najlepiej, pierwszorzędnie i wybitnie. Ciąży na Tobie wielka odpowiedzialność. Przecież wszyscy nastepnego dnia będą wypytywać o tą jedyną w swoim rodzaju, szaloną imprezę. A jak mowią: jaki sylwester taki cały rok. Więc nie masz wyjścia i kombinujesz co zrobić, by nadać tej nocy jak najwięcej wyjątkowości.

Dla mnie noc sylwestrowa nie ma żadnego uroku. Wymusza sztuczne zadowolenie i radość. Muszę iść i w dodatku dobrze się bawić, a powrót przed świtem wpisać już na konto noworocznych porażek.

Na bale w hotelach czuję się za młoda. Impreza w klubie - nie będzie się różnić niczym od tej z ubiegłego tygodnia. Raz byłam na sztuce w teatrze i choć było sympatycznie to nie tego klimatu szukałam w tę noc. Byłam też na miejskim sylwestrze na pl. Konstytucji, ale szybko straciłam czucie w kończynach i na gwałt szukałam schronienia w pobliskich pubach - nie trafiłam najlepiej. 
Jakby nie patrzeć każda z tych opcji wiąże się z inwestycją kilku stówek w bilet wejściowy, no i kolejne kilka stówek na sukienkę i całą oprawę. Teraz moim przelicznikiem są garnki albo sprzęt AGD więc stanowczo wolę te pieniądze przeznaczyć np na piekarnik. Więcej z niego radochy i pożytku w nowym roku, niż ze wspomnień bólu głowy z dnia następnego.

Mimo, że nie lubię Sylwestra, to już czuję nerwowość i niepokój. 
Nie chcę, a ulegam tej cholernej presji...






poniedziałek, grudnia 23, 2013

Zostaw mężczyznę w domu przed świętami

Tradycyjnie już, jak to przed świetami ludzie oszaleli, wpadli w popłoch i na gwałt szukają upominkow dla bliskich. Tłumy porażają, a kolejki odstraszają. Przepychanie, ocieranie, frustracja, momentami agresja, a wszystko to skumulowane w jednym miejscu - w galerii handlowej.

Nie mam nic do tego. Standardowa sytuacja jak co roku. Nic zadziwiającego. Sama zawsze również odkładam zakupowy szał na ostatnią chwilę i doskonale wiem, że w tej kwestii wyjątkowa nie jestem.

Zastanawia mnie jedno, a tym samym irytuje. Po co kobiety ciągną tych biednych facetow do galerii? Snują się pomiędzy wieszakami utrudniając przejście. Ja w prawo, on w prawo. Ja w lewo to i on. I tak gibiemy się przez chwilę zanim nie znajdziemy porozumienia i wyjścia z tej ciasnej alejki. Chodzą za kobietami jak te smutne psiaki i żadnego z nich pożytku. Żeby jeszcze taki wieszaki nosił, albo twoją kurtkę, by wygodniej było. Może chociaż by doradził... też nie!

Oblężają wszystkie możliwe ławki, a i tak o drugie tyle jest ich za mało. Czytają gazety, siedzą i gapią się jak sroki w gnat, albo namiętnie szukają czegoś w telefonie. To samo mogliby robić w domu i nie zabierać nam cennego tlenu. 

Mężczyźni na zakupach reprezentują dwie strategie:

1. Strategia - wszystko jest super.
Ten typ wie, że jego wybranka  musi sobie cos kupić. Im szybciej to zrobi, tym lepiej dla niego. Jeżeli wszystko mu sie podoba, jest szansa, że ona nad wyborem nie będzie się długo zastanawiala i prawdopodobnie zakupu dokona podczas pierwszego kwadransu całej wyprawy. Wychodzicie szczęśliwi i zadowoleni.

2. Strategia - nic nie jest super.
To moim zdaniem gorsza strategia. Facet wszystkie wybory neguje, nic mu sie nie podoba. W głosie wyczuwa się irytacje i zniechęcenie. Swoim zachowaniem strofuje partnerkę, która w pewnym momencie rozdrażniona odwraca sie na pięcie i mknie ku wyjściu. Zakupy skończone. Ty osiągnąłeś sukces, ale Twoja wybranka do końca dnia będzie miała wisielczy humor i raczej ci się to nie opłaci.

Weź na zakupy przyjaciółkę.





pic. tumblr.com

środa, grudnia 18, 2013

Nigdy nie jest odpowiedni moment

Człowiek jest z natury osobnikiem, który by poprawić sobie samopoczucie i w jak największym stopniu zniwelować występujący dysonans, jest w stanie stosować przeróżne zabiegi mające go wyciszyć i załagodzić napięcie, które go wywołuje.

Często wszelkie niepowodzenia, naszą bierność, nasz brak decyzyjności, brak motywacji do działania tłumaczymy mówiąc - to nie jest odpowiedni moment. A który jest odpowiedni?

Wszyscy szukają dobrego, a nawet najlepszego momentu...

- na miłość
- na zmianę pracy
- na zawarcie małżeństwa
- na wymarzony kurs salsy
- na kolejne dziecko
- na zakup mieszkania
- na podróż życia
- na ten jeden telefon...

A prawda jest taka, że tym najlepszym momentem jest własnie ten, w którym pojawia się myśl. Nie jutro, nie za miesiąc, nie rok temu...

Zawsze jest zbyt wcześnie, albo za późno. Mamy za sobą zbyt wiele doświadczeń, albo zbyt mało. Jesteśmy albo za młodzi, albo już za starzy...

To idealny moment.





czwartek, grudnia 05, 2013

Zawsze musi być jakieś ale...

Paradoksy rozmnażają się szybciej niż bakterie. Z tą różnicą, że bakterie są naszymi nieproszonymi gośćmi, a paradoksy tworzymi sami. Pchają się drzwiami i oknami, a my witamy je z otwartymi rękoma.
Jest wspaniale, ale nie do końca. Jesteś ideałem, ale zrzuć zbędny tłuszczyk z ud! Chcesz czegoś, ale się boisz.  Pomyśl o ile życie byłoby łatwiejsze, a o ile bardziej przyjemne gdyby usunąć ze słownika spójnij "ale". Jeden niepozorny wyraz, a tyle problemów. On nas ogranicza, odbiera przyjemności i pozostawia w miejscu. Zawsze jest się do czego przyczepić. 

Zazwyczaj brzmisz tak:

Chciałbym do niej zadzwonić, ale boje się, że nie odbierze. 
Dziś wieczorem jest świetny koncert, ale bilety są drogie i zapewene będą tłumy ludzi.
Chciałbym, by było jak dawniej, ale to zapewne niemożliwe.
Chciałabym się z toba spotkać, ale mam dużo pracy.
Kocham go, ale po alkoholu mu odbija.
Mam świetna pracę, ale...

Zawsz musi być jakieś "ale". Sami sobie utrudniamy nim życie. Jest jak wrzut w wiadomym miejscu,  albo  poprostu staje sie on cichym tłumaczeniem naszej bierności. Niby czegoś bardzo chcesz, zależy ci, ale przecież jest tyle pszeszkód na drodze do celu... niewygodne buty, katar, pognieciona ksozula, pryszcz na czole. Wymówki stają się coraz bardziej błahe i miałkie, ale wystarczające byś nie musiał kiwnąć palcem, a w dalszym ciągu siedział i dumał nad swoim ciężkim losem.

Dla kogo jest to "ale". Dla leni, czy dla tchórzy?

Od dziś zawsze kiedy będziesz chcial powiedzieć "ale" - postaw kropkę i przgotuj się do działania.  Brzmi naprawdę calkiem nieźle.

Chciałbym do niej zadzwonić - dzwoń!
Dziś wieczorem jest świetny koncert - idź!
Chciałbym, by było jak dawniej - ok, nigdy nie będzie jak dawniej, ale przecież może być zawsze lepiej!
Chciałbym się z Tobą spotkać - spotkaj się!

Działaj bez wymówek. 

Nie zawsze wszystko okaże się sukcesem, ale nigdy nie powiesz sobie, że nie próbowałeś ;) Czas przerwać ten impas.



dobrze Ci radzę...


piątek, listopada 29, 2013

Proste zasady użytkowania telefonu komórkowego

Większość osób o tym wie, ale co i raz spotykam takie ewenementy, którym muszę przedstawić mój krótki i przyjazny kodeks użytkowania telefonu komórkowego, by jak najszybciej wykluczyć ewentualne spięcia na tym polu.

Zasady są proste i bardzo przyjazne. 

To, że noszę telefon blisko tyłka i najprawdopodobniej jest zawsze obok mnie nie znaczy, że mam obowiązek, by zawsze i wszędzie go odbierać. Nie mam. Czasami nie chcę, ale najczęściej poprostu nie mogę.
Dlatego jeżeli dzwonisz, a ja nie odbieram to błagam nie dzwoń za minutę kolejny raz, potem za trzy minuty i za pięć minut. Zobaczę połączenie - oddzwonię. Jeżeli czytałeś wcześniejszy tekst na blogu, to wiesz, że mam obsesję spoglądania na telefon więc na pewno prędzej czy później to nastąpi.

Nie dzwoń w nieskończoność! Nie mam poczty głosowej, ale aktywuję jeżeli nie przyjmiejsz do wiadomości faktu, że dobre wychowanie nakazuje odczekać nie więcej jak 5 sygnałów, a potem rozłączyć się.

Jeżeli dzwonię do Ciebie i nagle przerywa nam połączenie, nie oddzwaniaj z uporem maniaka! Oddzwania ten, kto dzwonił, czyli ja! Stosowanie się do tej zasady pozwoli nam uniknąć niezliczonych prób połączeń, które wzajemnie będą się blokowały.

Jeżeli dzwonisz i słyszysz sygnał świadczący o tym, że prowadzę inną rozmowę - rozłącz się! Nie rozumiem osób, które słysząc sygnał zajętości wciąż oczekują na połączenie!? Uwierz, że widzę, że dzwoniłeś lub wciąż dzwonisz. Skończę - oddzwonię!

I jeszcze jedno. Nigdy nie dzwoń, gdy pierwsze słowa, które miałbyś zamiar wypowiedzieć byłyby w stylu: dlaczego nie odbierasz? dlaczego nie odpisujesz? dlaczego nie dzwonisz?

Bo nie!






czwartek, listopada 21, 2013

Rozterki przechodnia

Wracając do domu zastanawialam się czym Was dzisiaj uraczyć.
Myślałam, że może znów wydumam coś mądrego w temacie relacji damsko męskich, i że przyczepię się do jakiś męskich tanich zagrywek i grzeszków. A może tym razem lepiej byłoby skupić się na kobietach, które nie ustępują mężczyznom ani na krok i również swoje mają na sumieniu.

O tej godzinie tramwaje są prawie puste, a droga która prowadzi mnie do domu totalnie odludniona. Było ciemno i cicho. Idealne warunki na krótki wewnętrzny dialog i namysł. 

Wertowałam w pośpiechu zakamarki głowy układając treść na post, ale coś mnie rozproszyło... I tak zamiast kolejnych rozważań egzystencjonalnych dziś napiszę zupełnie o czymś innym. Wlaściwie to rzucam luźną myśl, na którą może uda mi się z Waszą pomocą znaleźć odpowiedź.

A więc...

... szłam jak zazwyczaj okolicami parku Kotańskiego. Jak już mówiłam o tej godzinie nie jest łatwo spotkać tam kogolwiek. Jest cicho, ciemno i generalnie mało przyjemnie. Z jednej strony park, z drugiej tory i jakieś głównie opustoszałe ogródki działkowe. Nawet palące sie latarnie to nieczęsty widok, bo okoliczna młodzież lubi trenować rzuty do celu. 
I tak idąc zamyślona dość żwawym krokiem dojrzałam na ławce... czarną torbę. Nie była to reklamówka. To taka męska torba na ramię. Stała (bo raczej nie leżała) na krawędzi ławki. Szybko zwizualizowalam sobie ewentualnego posiadacza takiej torby. Nie podejrzewam żadnego drobnego pijaczka. Oni swoje skarby noszą w siatkach, albo upchane po kieszeniach. Ta, wyglądała raczej na własność kogoś bardziej cywilizowanego. Może jakiś pan okolo 60-tki? Zbystrzałam i szybko rozejrzałam się wokół, czy właściciel np nie udał się na stronę korzystając ze sprzyjającej ku temu infrastruktury. Nie znalazłam potencjalnego kandydata. Wyostrzyłam słuch, by może jakiś dźwięk zdradził mi czyjąś obecność. Również nic. Totalna cisza. 


Ale ok, to najmniej ważne.

Teraz w mojej głowie - burza mysli. Co robić...
Zadzwonić np po straż miejską? Czy oni wogóle sie takimi sprawami zajmują? Bo może to ładunek wybuchowy jest (:)), albo wziąć torbę i zanieść do stróżówki parku? Ale jak wezmę, a okaże się, że właściciel ów przedmiotu wróci za chwilę to na bank nie pomyśli, że ją ktoś do nich zaniósł! Zajrzeć do środka i postarać się rozszyfrować do kogo może należeć? O nie! A jakby mi wyskoczył jakiś z krzaków i zrobił awanturę, albo co lepsze dał w łeb?
Potem pomyślałam, że może w środku jest milion i za znaleźne ktoś odpaliłby mi ładny procent? :)

Jakby nie było, nie zrobiłam nic. Odeszłam z moimi myślami, które do teraz nie dają mi spokoju. Może tam naprawdę były ważne dokumenty, przedmioty, a jakiś łapserdak jeden z drugim zawinęli torbę nie zastanawiając się zbyt wiele i teraz piją browara pod klatką za znalezione w portfelu 20 zł, a całą - prawdopodobnie o wiele bardziej wartościową - resztę zutylizowali w pobliskim koszu?

Już się nie dowiem.


fot. fotoblog.pl

wtorek, października 29, 2013

Motyle

... i nie mam na myśli tych kolorowych łuskoskrzydłych owadów, ale te niezdefiniowane, które robią rewolucje. Rewolucje w ciele i w umyśle.

Pamiętam tą chwilę gdy wpadł w zasięg mojego wzroku. Codziennie, zupełnie niezauważalnie i naturalnie na mojej drodze stają dziesiątki osób. Mijam je niewzruszona. Niektóre z nich nawet na sekundę nie zmącą mojej uwagi. I nagle mój wzrok złapał się z jego. I ta chwila zmieniła wszystko. Motyle. Ciepłe zawirowanie, szybsze tętno, szerokie błyszczące źrenice. Jak spięcie elektryczne. Uderzenie. Tego już nie cofniesz. Nie zapanujesz.

Mijaliśmy się tak czasami, zawsze niby przypadkiem wpadając gdzieś na siebie po drodze. Za każdym razem wymienialiśmy spojrzenia, które wywoływały równolegle rumieniec na mojej twarzy i uśmiech. Czułam onieśmielenie, ale nie mogłam sie powstrzymać, by nie sprawdzić czy i tym razem bacznie nie wyczekiwał, że mimo wszystko podniosę wzrok. Nigdy się nie pomylił. 

Potem przyszedł czas pierwszego spotkania. Takiego sam na sam. Bez świadków. Bez totalnie zbędnego nam towarzystwa. Taka niby naturalna rzecz, a dla mnie doznanie prawie pozaziemskie. Kiedy kolejne sukienki lądowały na krześle, następne na kanapie ja czułam, że w tej euforii prawie tracę kontakt z rzeczywistością. Ręka mi drżała gdy rysowałam kreskę na powiece, głos łamał się w pół, a każdy dźwięk dzwonka w telefonie podnosił tętno dwukrotnie. Z emocji i tej ogłupiającej ekscytacji tak zacisnęło mi gardło, że nie przelknęłam nawet kęsa ze wspólnej kolacji.

Rozmowa płynęła, a ja co chwilę zastanawiałam się co najlepszego wygaduję. Na zmianę analizowałam i brnęlam dalej w konwersację. Śmiałam się, chociaż chwilę później już sama nie wiedziałam z czego.
Widziałam jak z zaciekiweniem słucha i co chwilę dopytuje kolejnych szczegółów i detali. I to przeszywające spojrzenie...

Nie wiem kiedy zrobiło sie późno, odwiózł mnie i odprowadził pod same drzwi. Nie chciałam kończyć wieczoru, ale wiedziałam, że nie mogę go zatrzymać. 
Później ten moment pożegnania. Nigdy nie wiem jak się zachować. Z jednej strony miałam ochotę się na niego rzucić i już nie puścić, a z drugiej - klasa. Zmieszana pocałowałam go w policzek i odwracając się w pośpiechu rzuciłam krótkie "coś" w stylu do zobaczenia. Potem rozważałam kwadrans czy nie zabrzmiało to zbyt sucho i beznamiętnie. Tak...

Jeszcze nie zdążyłam otworzyć drzwi od mieszkania, a już wykręcałam pierwszy numer do przyjaciółki, by przeanalizować na gorąco przebieg wieczoru. Potem leżąc w łóżku przetwarzałam przed snem minutę po minucie, słowo po słowie... oczekując na SMS.

No nie, aż tak stylowo nie wyglądaliśmy :)

niedziela, października 27, 2013

Godzinę mam dziś w gratisie

A co Ty zrobiłeś ze swoją gratisową godziną?
Ja mogłam spać o godzinę dlużej, mogłam o godzinę dłużej urządzać projekcje w swojej głowie zanużona po czubek nosa pod kołdrą. Mogłam wziąć godzinną kąpiel i dopieszczać ciałko specyfikami różnej maści - ok, to by mi nie wyszło, bo nie mam wanny. Ale mogłam wziąć książkę, albo jedną z gazet, które regularnie kupuję, a czasu nie mam na ich czytanie. Mogłabym.

Nie zrobiłam żadnej ze wspomnianych rzeczy. Za to postanowiłam przeszukać kąty w mieszkaniu, do których rzadko zaglądam. I wiecie co znalazłam? Listy. Takie w kopercie, ze znaczkiem, odręcznie pisane. Niektórych nadawców dziś już nawet nie kojarzę. Trzymać kartkę w ręku próbując rozszyfrować zawiłości charakteru pisma to idealna rozrywka na niedzielne popołudnie, uwierzcie. 
Nie wrócisz do maila ani do smsów sprzed lat. A nawet jeżeli... to nie będzie ten sam klimat. 

Znalazłam walentynkę z czasów podstawówki. Co dziś, by mi zostało? Nic. Kwiaty więdną, po czekoladkach zbierałabym tylko papierki, a po winie pustą butelkę.
Teraz wszędzie tylko maile, smsy, albo facebook. Wątpliwe jest, że kiedykolwiek jeszcze zdarzy mi się otrzymać od kogoś list, albo go wysłać... Nawet nie wiem, co miałabym w takim liście napisać...?

A teraz kolejna myśl! Dlaczego miałoby mi się to nie zdarzyć? Kartkę znajdę, dlugopis mam, a w kopertę mogę zainwestować. Jeszcze nie zapomniałam jak się pisze i doskonale znam drogę na pocztę. Nie wiem tylko ile kosztuje znaczek, ale podejrzewam, że to nie majątek i może nie pójdę z torbami ;)

Uruchamiam akcję pod tajemniczym kryptonimem: LIST :D
Jeżeli chcesz otrzymać go ode mnie, napisz prywatną wiadomość poprzez fun page.

Obowiązuje tylko jedna zasada:
 - w związku z tym, że nie wiem ile osób podłapie temat, a nie chciałabym kolejnych długich dni i nocy spędzać z długopisem w ręku, informuję, że odpiszę na 10 wiadomości. Tych, których autorzy w jakiś (zupełnie dowolny) sposób mnie zaciekawią. Jestem jurorem w tej zabawie. Zwycięska 10-tka dowie się o swojej wygranej znajdując kopertę w skrzynce pocztowej :)

Na Wasze wiadomości (nie zapomnijcie o adresie do korespondencji) czekam do końca października, tj. 31.10.2013 godz. 23.59

P.S Poczta Polska powinna mi za to podziękować! 

Już nie mogę się doczekać!





piątek, października 25, 2013

Pytasz, choć wcale nie chcesz wiedzieć.

Ludzie nie chcą prawdy. Pytają, ale po to, by usłyszeć odpowiedź, której oczekują. Kiedy przypadkiem usłyszą coś zupełnie innego, niż to, czego się spodziewali zaczynają polemizować, albo co gorsza obrażać, dąsać, foszyć, puszyć się i inne takie.

Jeżeli nie chcesz znać prawdy, to nie pytaj. Jeżeli chcesz, bym poklepała cię po ramieniu i powiedziała, że wcale nie jesteś gruba, że jego była jest brzydka, lub że obiad był przepyszny, choć tak naprawdę każdy kęs stawał mi kołkiem w gardle to powiedz to, albo nie pytaj narażając się na szczerość.

To akurat błahostki. Często wyczuwa się, kiedy ktoś potrzebuje takiego mylnego potwierdzenia i czasami daje mu się to w trosce o jego dobre samopoczucie i miłą atmosferę. Nikt nie ma w zamiarze zasmucać ani dołować nikogo, ale lepiej gdy te tendencyjne pytania nie padają! Darmowe głaski są limitowane.

Gorzej kiedy padają pytania wiekszego kalibru, z gatunku tych niewygodnych bądź trudnych, np:
Ilu partnerów miałaś przede mną? 
Czy kochałaś go? 
Jaki był? 

Błagam! Po co komu to wiedzieć!? Jesteśmy dorośli i istnieje duże prawdopodobieństwo, że przez ten czas kilkukrotnie ktoś przekotłował się po jej łóżku, że komuś szeptała do ucha czule o miłości, a w kalendarzu wspólnie zakreślali imiona przyszłych dzieci. Równie prawdopodobne jest w takim razie, że był całkiem w porządku gościem, bo przecież z idiotą by się nie zadawała. Po co ci to wiedzieć? Po to, by teraz zadręczać się wieczorami myślą o nim? By snuć domysły, porównywać się na każdym kroku, węszyć i tworzyć problemy? By zastanawiać się jaki on był, co ich łączyło, a co miało poróżnić? A może, by jeszcze teraz doszukiwać się w niej cienia uczucia do niego, o zgrozo! To było. Już nie jest. Coś już od dawna bez znaczenia dla niej, niebiera teraz znaczenia dla ciebie? Paradoks!

Zapewniam, że lepiej nie wiedzieć. A jak nie chcesz wiedzieć, to nie pytaj. A jak pytasz, to licz się z odpowiedzią.


wtorek, października 22, 2013

Tęsknisz?

Dość długo ten krótki post czekał w archiwum na swoja publikację. Czytałam go kilkukrotnie, by nabrać pewności, że tak właśnie czuję. Tak jest, ale chętnie wejdę w polemikę jeżeli pojawi się inne spojrzenie na temat.


Znasz to uczucie, kiedy tęsknisz za kimś i brakuje Ci tej osoby, ale tak naprawdę nawet nie wiesz jakby to było we dwoje, bo nigdy nie byliście razem? Bo tak na prawdę nigdy ta osoba nie była Twoja?

Ja nie znam. 
Ale myślę, że to gorsze niż tęsknić za kimś kogo się choć przez chwilę miało dla siebie.

Jeżeli miałeś - wiesz co straciłeś. Znasz wady i zalety. Wiesz, że bywało pięknie, ale i piekielnie trudno.

Jeżeli nie miałeś - możesz żyć tylko dzwiną fantazją, idealnym wyobrażeniem o człowieku, który nie ma wad i skonstruowany jest dokładnie wg Twoich pragnień. Perfekcyjny Twór.


A może sie jednak mylę... 


Chyba najgorzej jest jednak tęsknić za kimś, kto jest tuż obok ciebie. Rano budzisz się obok, a wieczorem zasypiasz. Łączy was tyle rzeczy, a równie wiele dzieli. Tak wiele, że tęsknisz choć jesteś tak blisko.



P.S. Ale mnie dziś wzięło! ;)



środa, października 16, 2013

Wyszłam za mąż, pasuje?

W ostatanim tygodniu odezwały się do mnie trzy osoby, z którymi raczej nie utrzymuję zażyłych kontaktów. W pierwszych trzech zdaniach dialogu padały kluczowe dla wszystkich trzech konwersacji pytania: wyszłaś za mąż? Masz dzieci? No i zaczęłam się zastanawiać, czy np. powinnam bić się w pierś, zadręczać wyrzutami sumienia, zakuwać w dyby, lub karać chłostą za to, że nie wkroczyłam na ścieżkę przykładnej matki polki?
Rozumiem, że weszłam w ten magiczny okres, kiedy to powinien być jedyny cel kobiety, której stuknęło ćwierć wieku? Damn it!
A może coś mnie ominęło i teraz to taki sposób na "zagajenie rozmowy"? 
No nie rozumiem! 

Wyczuwam podstępnie, że mężczyźni w ten sposób zapewne badają grunt. Czy wolna i wciąż frywolna, czy teren zamknięty i wstęp wzbroniony. Z premedytacją ścinam takie zagrywki. Oczekuję odrobinę większej finezji w działaniu zwiadowczym.
Kobiety może sprawdzają czy wstąpiłam do ich  mniej lub bardziej szczęśliwego kręgu sielskiej i anielskiej idylli matek, żon, praczek i sprzątaczek. Jeżeli nie, to pewnie za długo nie pogadamy. Te szczęśliwe uznają mnie za zbyt wyzwoloną i nie wiedzącą co w życiu jest naprawdę ważne, a te nieszczęśliwe stwierdzą, że moje opowieści, w których nie przewijają się pieluchy, skarpety, pogniecione koszule są zbyt zajebiste, by mogły ich spokojnie słuchać nie zalewając sie przy tym żółcią i nie dostając wścieklizny.

Co jeszcze ciekawsze. Kiedy zirytowana odpowiadam, że mam męża, dziecko, psa w ogrodzie i całą resztę tych rodzinnych atrybutów to pojawia się stwierdzenie: serio? No co ty? Nie wierzę... kolejna dla mnie zagadka - bo niby czemu nie?
Ale kiedy mówię, że ani męża ani dziecka na horyzoncie to co słyszę... Serio? No co ty? Nie wierzę?

To co odpowiadać, by wierzyli? Ani prawda ani kłamstwo dziś już nie zadowala i nie zaspokaja w pełni. Wciąż za mało. I tak źle i tak nie dobrze.

Nie dogodzisz. Więc nawet nie próbuje.




środa, września 25, 2013

Praca po godzinach ma jednak zalety

Skoro tak niefortunnie się zdarzyło, że musiałam zostać w moim kołchozie dłużej, niż bym sobie tego życzyła, postanowiłam znaleźć w tym wszystkim choć odrobinę pozytywu, niech choć odrobinę będzie miło. Jak sie okazało - udało się! Generalnie musicie wiedzieć, że we wszystkim, dosłownie wszystkim można doszukiwać się pozytywnych aspektów. Ja tak robię. I życie wydaje się być lżejsze kiedy kieruję się tą zasadą.

Swoje pozytywy znalazłam conajmniej trzy:

Po pierwsze kiedy jestem już sama, wyłączam denne radio i włączam swoją ulubioną muzykę i to conajmniej trzykrotnie głośniej niż przyzwoitość w biurze nakazuje. Czasem nawet śpiewam. Kto samotnemu w biurze zabroni?

Po drugie, po godzinach czas leci jak oszalały, a moje skupienie jest o wiele silniejsze. To połączenie pozwala mi wykonać maksymalnie dużo zadań, w wydawałoby się krótkim czasie. Wydawałoby się, bo generalnie to długie godziny, a po powrocie do domu człowiek nadaje sie tylko do łóżka.

Po trzecie, jeżeli nie jesteś w biurze tak do końca sama, to jest to sprzyjający moment do porozmawiania z kimś, z kim na codzień kontaktu nie mamy. I są to inne rozmowy - jakieś takie fajniejsze.


Tyle. Spać. Jutro kolejne 12h!




wtorek, września 10, 2013

Próba charakteru

Czasami rzucam sobie jakieś wyzwanie. Potrzebuję postawić sobie jakiś cel i zobaczyć czy uda mi się go osiągnąć. Często muszę uważać na to, co sobie postanawiam, bo kiedy już w mojej głowie padnie jakaś deklaracja, to choćby waliło się i paliło nie mogę dać plamy. Ciężko byłoby mi później na siebie spojrzeć w lustrze, a tym bardziej nie chciałabym musieć przyznać przed samą sobą, że jestem słaba, albo że jestem tchórzem. Innych mogę oszukać, ale nie siebie.

Najczęściej stawiam sobie małe wyzwania. To trochę taka forma zabawy. Może w pewnym sensie urozmaicenie codzienności. Gra z samym sobą, pewnego rodzaju test.
Nie chodzi o to, by postanowienia były wielkie, ambitne i trudne do osiągnięcia (chociaż oczywiście mogą takie być i niekiedy bywają), ale muszą spełniać kilka podstawowych zasad:

1. są określone w czasie --> zawsze ustalam datę ukończenia danego wyzwania. Mogą to być miesiące, czasami tygodnie, a niekiedy jest to dany dzień, w którym muszę coś zrealizować/zakończyć/osiągnąć.
2. niosą jakiś pozytywny "ładunek" - zawsze efektem danego postanowienia musi być zmiana na lepsze, coś dobrego, właściwego, poprawnego.
3. i najważniejsze! Wyzwanie musi być wyzwaniem. To coś, co każe mi nad sobą pracować. Będzie nęcić i będzie kusić. I niech tak będzie!

I tak np. lubisz chipsy i wsuwasz je codziennie? Przestań je jeść np. na miesiąc. I już mamy wyzwanie, które jest określone w czasie (próba trwająca miesiąc) i ma pozytywny ładunek (bo wyjdzie Ci to niewątpliwie na zdrowie). 
Prosty przykład. I takich prostych przypadków każdy może mnożyć u siebie w nieskończoność.

Wygrana w pewnym momencie staję się sprawą honoru. Jesteś tylko Ty. Sam ze sobą. Jak dasz ciała to się nie wyłgasz. A jak się uda, to satysfakcja jest niezrównanie wielka.

U mnie obowiązuje jeszcze jedna reguła. Jednocześnie sprawdzam się na 2-3 polach. Taka moja natura - lubię czasem życie sobie skomplikować ;)

Nie chcę zdradzać swoich postanowień, bo to co dla jednej osoby może być wyzwaniem, dla innej może wogóle nie istnieć w świadomości.

Zapewniam Cię, że jeżeli zaczniesz wyznaczać sobie podobne zadania, to wejdzie Ci to w nawyk i będziesz się tak testować bez końca. Jeżeli będziesz stosować reguły - zawsze wyjdzie Ci to na dobre! 

... rzucam Ci wyzwanie !!! :)

niedziela, września 08, 2013

Zasady są proste

Wszyscy mają problemy. Każdy, bez wyjątku. Nie mi oceniać ich wagę. Dla każdego, to właśnie ten jego problem wydaje się być najważniejszy, najtrudniejszy i najbardziej popieprzony. Spędza sen z powiek, bez końca zaprząta myśli, dręczy i męczy. Nic nie wydaje się proste, każde rozwiązanie okazuje się zbyt mało doskonałe, niesłuszne, nielogiczne, albo po prostu za trudne do zrealizowania. 

Dużo łatwiej żyć bez niepotrzebnego kręcenia i owijania. Bez niedopowiedzeń, bez sztucznych trudności, bez piętrzenia i mnożenia przeszkód. Bez wymówek. Konsekwentnie. 

Zasady są proste.

Jeżeli chcesz schudnąć...
- mniej jedz

Jeżeli chcesz mieć pieniądze...
- zapieprzaj

Jeżeli chcesz być szczęśliwy...
- znajdź kogoś, kogo pokochasz i nigdy nie pozwól mu odejść.