Znajdziemy się w damsko męskim świecie...

Przeczytasz trochę o kobietach, trochę o mężczyznach, o tym co nas łączy i dzieli! Mój punkt widzenia!

Jeżeli coś mnie w ciągu dnia zaciekawi - opiszę to!

Będę opisywać codzienne sytuacje, zwykłe rzeczy, ale z mojego punktu widzenia.

Tematy mody i urody nie będą Ci obce...

Pokażę Ci najnowsze trendy. Dowiesz się co jest modne i na topie w tym sezonie. Zadbam razem z Tobą o naszą urodę, pokażę co możesz robić, by czuć się wspaniale we własnym ciele.

Miej otwarty umysł..

Będę motywować, inspirować i pozytywnie Cię nakręcać każdego dnia. Taki mam plan!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LifeStyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LifeStyle. Pokaż wszystkie posty

niedziela, maja 18, 2014

Lecim na Szczecin!

Szczecin. Miasto, do którego gdybym nie musiała to nigdy bym się prawdopodobnie nie wybrała. Na szczęście nadarzyła się wspaniała okoliczność, by połączyć obowiązki z przyjemnością. Z blisko 30 lokalizacji, które mogłam wybrać na wyjazd służbowy, zdecydowałam się na miejsce najmniej oczywiste i najdalsze. Witamy w Szczecinie.

Godzina lotu i jestem 600 km od domu. Już wiem, że to miasto najtańszych taksówek - każda przejażdżka to rachunek na 7-12 zł. Za każdym razem miałam wyrzuty sumienia, że fatyguję kierowców byle kursem. Chociaż jak uzbierać większy rachunek, gdy na dzień dobry licznik wskazuje 3 zł, a nie warszawskie 8 zł!
Drugie spostrzeżenie to niezliczona ilość Żabek - te sklepy to plaga, wysyp. Nie ma możliwości, by obracając się wokół własnej osi nie dostrzec choćby jednej.

Jest zielono. Bardzo. Jest spokojnie. Czas jakby płynął mi tu wolniej. Mimo tego, że nie jestem tu na wakacjach a w pracy, to czuję, że odpoczywam. Miasto zwiedzam głównie z buta, dlatego po drugim dniu mam takie zakwasy, że rano ciężko mi ustać z bólu na nogach. Lubię ten ból. Nagle człowiek orientuje się, że mimo iż wydaje mu się, że codziennie ćwiczy i robi coś dla ciała, to jest to wciąż za mało.

A, i co jeszcze... ja tu ciągle chodzę głodna. To chyba to powietrze. Jesz i jesz i wciąż ci mało. A jak się najesz, to chwilę pochodzisz i łapie cię ssanie nie do opanowania. Złapałam cykl dwugodzinny. Jak niemowlę. A może to dlatego, że rano czuć w powietrzu czekoladą? Hm?

Kupiłam gazetę i przeczytałam całą. Ostatnie, które nabyłam potrafiły przeleżeć kilka dni nietknięte. Później przestałam je kupować. Siedziałam godzinę nad Odrą i gapiłam się w wodę. Potem gapiłam się na ulicę. Potem w drzewa. Nie robiłam przy tym nic. 
Malowałam paznokcie co drugi dzień. Miałam na to czas. Poznawałam ludzi. Sporo. Ale o tym w innym poście, bo jak się okazało podróżowanie w samotności nie ma nic wspólnego z byciem rzeczywiście samym ;-)

Okazało się nawet, że klimat mi służy, bo odmłodniałam. Naprawiłam zerwany ponad miesiąc temu łańcuszek z 50% zniżką, bo facet wziął mnie za studentkę. Postanowiłam nie wyprowadzać go z błędu, a po dłuższej rozmowie chciał mnie zatrudnić jako hostessę! Cudowne miasto - praca chodzi za tobą, a nie ty za pracą!



Kiedy w stolicy doczekamy się podobnie zagospodarowanego wybrzeża...
Miodzio.

MIX


piątek, maja 09, 2014

Prawie uśmierciłam swoje dziecko!

Codziennie chciałam tu wrócić. Siadałam wieczorem z drinkiem, siadałam rano z kawą w dłoni i zastanawiałam się co napisać. Brałam prysznic, jechałam autem, siedziałam w pracy, byłam na zakupach i podczas każdej z tych czynności myślałam o blogu, który pozostawiłam. Zastanawiałam się, co do cholery się stało, że motywacja spadła, tematy się ulotniły, a każdy kolejny pomysł na wpis wydawał się nie dość dobry. Do dziś tego nie wiem, ale nie mam już czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać. Wracam. 








niedziela, marca 16, 2014

Ameryka musi być piękna

Produkcje amerykańskie mnie zachwycają. USA kreuje naprawdę fantastyczny świat, w którym chciałabym się znaleźć.

Życie byłoby praktycznie idealne:
- pasta do zębów nigdy nie spływałaby mi na brodę i nie musiałabym po myciu płukać ust. Przetarłabym tylko twarz ręcznikiem, a resztę chyba... połknęła, przynajmniej tak wynika z obrazu.
- o poranku namiętnie całowałabym swojego partnera. Zawsze budziłabym się ze świeżym oddechem, czysta, świeża i napalona.
- wieczory z przyjaciółkami spędzałabym na wojnach na poduszki, nakładając maseczki z ogórków siedząc przy komedii romantycznej i malując paznokcie. Zawsze mamy na sobie wtedy tylko bieliznę lub jakieś zwiewne koszulki.
- z zakupów wracałabym z dziesiątkami nowych ciuchów, obwieszona papierowymi torbami luksusowych marek
- z gracją i wrodzonym wdziękiem biegałabym w szpilkach bez cienia zagrożenia upadkiem czy choćby zadyszką
- w godzinach pracy załatwiałabym fryzjera, siłownię, lunch z przyjaciółkami, a co miesiąc na konto wpływałabym mi pokaźna sumka, za którą mogłabym utrzymać mój wielki apartament i serwować sobie wszystkie te codzienne rozrywki
- chodziłabym po domu w szpilkach i obcisłej sukience. Oczywiście nie mówię o sytuacji kiedy np. przyjmuję gości. Mam na myśli raczej moment kiedy najzwyczajniej jestem w domu. Nie! Przecież ja nigdy nie bywałabym w domu tak po prostu, bez celu. Moje życie zawsze wypełnione byłoby po brzegi.
- płakałabym tylko jedną, powolnie spływającą łzą po policzku. Nigdy nie rozmazałby mi się makijaż, a oczy nie zrobiłyby się czerwone. Otarłabym ją jednym ruchem, odwróciła się w stronę rozmówcy i udawała, że ta chwila słabości nigdy nie miała miejsca.
- nie sikałabym, nie mówiąc już o dłuższych czynnościach
- gotowałabym i dziwnym zbiegiem okoliczności nigdy nie miałabym później zmywania w kuchni
- za wszystko zawsze płaciłabym gotówką, a do tego nie zaglądając do portfela zawsze wyjmowałabym sumę, którą muszę akurat zapłacić
- papierosy paliłabym tylko po seksie, lub w sytuacji stresowej. W żadnym innym momencie na palenie nie miałabym ochoty.
- taksówkę łapałabym w pierwszych 5 sekundach jak tylko pojawiłaby się myśl, że jej potrzebuję
- wszyscy mężczyźni wokół mnie byliby wysocy i przystojni
- randka pod gołym niebem zawsze odbywałaby się podczas pełni księżyca
- wszystkie kłótnie z partnerem kończyłyby się natychmiast namiętnym pocałunkiem i figlami w łóżku
- nie wspominam już o pełnym makijażu po przebudzeniu i pięknie ułożonych włosach. Nawet jak zasnęłabym w makijażu to rano obudziłabym się wygnieciona i rozczochrana. Swoją drogą moja cera na pewno nie wyglądałaby tak nieskazitelnie gdybym nie robiła wieczornego demakijażu.

Zachwycające, czyż nie? Zapomniałam o czymś?





sobota, marca 01, 2014

Agito - więcej u Was nie kupię!

Moi Drodzy!
Dziś nietypowy wpis, ale mam nadzieję, że przeczytacie go uważnie i puścicie dalej ku przestrodze innym.

Jeżeli śledzicie mnie od jakiegoś czasu, to wiecie, że skończyłam etap urządzania mieszkania i szczęśliwie przeprowadziłam się na swoje. Opisywałam Wam wszystko ze szczegółami, dzieląc się i tym co fascynujące, ciekawe i wyjątkowe, jak również tymi mniej przyjemnymi aspektami.

Chciałabym powiedzieć, że cały proces mam już za sobą i mogę cieszyć się samodzielnym mieszkaniem, ale niestety, to zapewne wspaniałe uczucie przyćmił jeden fakt, a dokładnie jedna bardzo nieudana transakcja. 

Kupiłam w firmie Agito (www.agito.pl) sprzęt AGD na łączną kwotę ponad 2600 pln (piekarnik i lodówkę). Firma z ponad 10 letnim doświadczeniem na rynku, która na swojej stronie chwali się certyfikatami "solidna firma" oraz wieloma wyróżnieniami, które mają wywołać w potencjalnym kliencie poczucie bezpieczeństwa przy zawieraniu transakcji niestety w moich oczach rysuje się jako mało przyjazny klientowi partner.

Oba dostarczone sprzęty przyszły do mnie uszkodzone, z czego piekarnik nie nadaje się w ogóle do użytku (w drobny mak zbita szyba drzwiczek). Po trwającym 2 tygodnie procesie reklamacyjnym dostałam odpowiedź negatywną i Agito umyło ręce od sprawy, sugerując dochodzenia swoich spraw w firmie przewozowej DHL. 

Umowę zakupu podpisałam z firmą Agito, a nie z firmą przewozową DHL i to chyba naturalne, że z firmą Agito staram się wyjaśnić sporną kwestię. Firmie Agito powinno zależeć, by usługi, które świadczy ich podwykonawca były czynione z należytą starannością i na najwyższym poziomie. Jak widać, tak nie jest. Zarówno firma DHL, jak i Agito są ubezpieczone od tego typu wydarzeń, ale oczywiście odpowiedzialność najłatwiej zrzucić na klienta. 

Pewnie! Kasy mam jak lodu i mogę puścić jej trochę w eter!

Przyznaję, przesyłkę odebrałam bez zastrzeżeń, a szkody zauważyłam 4 dni później podczas próby instalowania sprzętu w mieszkaniu. Mimo wszystko ciężko sądzić, że najpierw zbiłam szybę piekarnika, a później prawdopodobnie ze złości zadałam trzy krótkie ciosy lodówce!!!???

Na tym etapie raczą rozżalonych klientów suchymi formułkami na zasadzie "kopiuj" i "wklej", które są odpowiedzią na każdą moją wiadomość bez względu na jej treść. Być może pracownicy mają problem z czytaniem ze zrozumieniem? 

W obecnych czasach silnej konkurencji i walki o każdego klienta uważam, że takie traktowanie konsumenta nie działa na korzyść firmy Agito. Zaufanie klienta zdobywa się przez lata, ale bardzo łatwo je bezpowrotnie stracić. 

Ja już wiem, że żadnej kolejnej transakcji nie przeprowadzę z firmą Agito.

Ku przestrodze!
Kiedy kurier dostarcza Wam cokolwiek do domu, otwierajcie przy nim przesyłkę. Nie wystarczy spojrzeć pobieżnie na karton. Wyjmijcie zakupioną rzecz i obejrzyjcie ją dokładnie, by nie być stratnym takich pieniędzy jak ja!

Dziś już minęły ponad 3 tygodnie od kiedy mój piekarnik zamiast służyć mi dzielnie podczas kuchennych zmagań, tarasuje mi przejście. Dziękuję Agito!

*Będę informować Was na bieżąco o postępach w tej sprawie. Jak wiecie lubię pisać i jestem cierpliwa, także zamieszczę opis tego wydarzenia w każdym możliwym miejscu w sieci, by jak najwięcej osób przestrzec przed podobną sytuacją.

Gdyby ktoś był zainteresowany, chętnie udostępnię całą wymianę korespondencji z firmą Agito.

fot.: agito.pl


środa, lutego 26, 2014

Mieszkanie solo. Jak to wygląda?

Generalnie super. Wszystko ma swoje miejsce i nie zmienia go pod moją nieobecność. Latam sobie z gołym tyłkiem pomiędzy łazienką, zagłuszając myśli głośną muzyką - czego chcieć więcej? Jest wszystko. Po dwóch latach odwyku mam też telewizor i odkrywam na nową jego uzależniające właściwości. 

Co dziwne na wyposażeniu znalazły się rzeczy, których nigdy nie potrzebowałam, nie kupowałam i nie myślałam nawet o tym by chcieć je mieć. Świeczki, ramki, kolorowe doniczki, wzorzyste poduchy, pledy - dziś odkrywam ich urok i ten etap wyposażania mieszkania podobał mi się najbardziej.

Tylko ciężko uzbierać całą pralkę np czerwonych ciuchów. Bo przecież ja mam tylko jedną sukienkę w tym kolorze i jakieś drobiazgi z kategorii bieliźnianej. Tak, mogłabym nastawić program na 1/2 prania, ale wtedy pralka podczas wirowania tak mi skacze, że o mało z szafki nie wyskoczy! Raz próbowałam i sporo energii mnie to kosztowało.

Podobnie mam ze zmywaniem. Coś zjem, napiję się i co dalej? Musiałabym tydzień czekać i kolekcjonować naczynia, by móc odpalić zmywarkę. Najczęściej kończy się tak, że wkładam do niej coś, a za chwilę wyjmuję i zmywam w zlewie. Ale po gościach zmywa się super ;)

Idąc dalej tym tropem, zajrzyjmy do lodówki. Do sklepu głodna już nie wchodzę, bo później nadmiar zakupów wyrzucam. Nie przyjmuję również wałówek od rodziców, bo już dwa słoiki zupy powitały się z kontenerem, a pierogi z duszą na ramieniu jadłam po tym, jak 5 dni leżały oczekując na swój czas w lodówce. Wędlinę kupuję na plasterki, a i to czasami jest zbyt wiele. Szkoda, że chleba nie można kupować na kromki...

Gotowanie obiadu dla jednej osoby, hmm ... póki co kończy się zawsze przejedzeniem, bo ciężko jest przygotować jedną porcję, a trzy dni wsuwać tego samego raczej nie będę.

Wszystko to sprowadza się do jednego - warto zainwestować we współlokatora ;)









niedziela, lutego 23, 2014

Jak się mieszka "na swoim"? Pierwsze wrażenia!

Na samym początku chciałabym Was bardzo przeprosić za dość długą nieobecność na blogu. Widzę, że odwiedzacie stronę, a ja nic dla Was nowego nie przygotowałam już ponad tydzień! Teraz się wstydzę...

... a teraz przejdźmy do sedna!

W mieszkaniu od samego wejścia pachnie nowością. Ponad 90% wyposażenia jest nowa. To niewątpliwie fajne uczucie, które ma jak się okazuje także swoje minusy. Jakie? A takie, że każda rysa mnie drażni, każdy włos, pyłek kurzu. Każde niedociągnięcie.
A przecież kanapa w końcu się wygniecie od siedzenia, biały ręcznik się zbrudzi, na armaturze zostaną ślady po kroplach wody, a na szafce ślady palców. Mogłabym wymieniać w nieskończoność. 
Rozpakowując swoje rzeczy, które przewiozłam z poprzedniego mieszkania stwierdziłam, że nawet stare, sprane dżinsy źle się prezentują w nowej, pachnącej szafie. Miałam ochotę je wyrzucić, by nie zakłócały mi odbioru. Wszystkie buty zanim znalazły miejsce na półce zostały wypastowane i wyszorowane. 

Jestem w fazie totalnego przewrażliwienia i na dywan póki co nie wejdę nawet w kapciach! Pod ręką mam zawsze zapas ręczników papierowych, płyn do drewna, płyn do szyb, płyn przeciw osiadaniu kurzu i osobny płyn do płyty indukcyjnej. Jest też oczywiście cała gama podstawowych, standardowych środków czystości. Mam tego więcej niż kosmetyków. Samych rodzai ścierek mam pięć! Pojawiły się u mnie produkty, o których używaniu nigdy nawet nie myślałam. Np. Calgon do ochrony pralki. Ile osób tego tak naprawdę używa?

Siedzę na kanapie i widzę, że książka nie trzyma symetrii z pozostałymi. Nie usiedzę dopóki nie wstanę i nie poprawię. 
Tak póki co mieszkam. Ciekawe kiedy wyluzuję. Na chwilę obecną nie jestem w stanie funkcjonować inaczej. Ład i porządek to moja schiza!







piątek, lutego 14, 2014

Urodzinowy finisz!

Kilka tygodni temu wpadłam na pomysł, co napisać w urodzinowym poście. Zapisałam szybko tą myśl, bo jak wiadomo myśl bywa ulotna. Miało brzmieć mniej więcej tak: Nie lubię urodzin. Przypominają mi o tym, że jestem nie tam, gdzie chciałam być.

Dziś, w dniu moich urodzin nie zgadzam się z powyższym zdaniem. Uwielbiam dzisiejszy dzień. Owszem, kiedyś myślałam, że moje życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Zaplanowałam je w najdrobniejszym szczególe. Wszystko było poukładane i spasowane w piękną kompozycję. Nie sprawdziło się, ale za to mam coś zupełnie innego i jest to równie fascynujące.

Kiedy około dwóch lat temu pomyślałam o kupnie własnego mieszkania nie wierzyłam, że jest to realne. Bałam się wypowiedzieć tą myśl głośno, by nie usłyszeć komentarzy typu: ale jak? Za co? To nierealne! Zapomnij!

Nie usłyszałam ich. I maszyna ruszyła.

Niesamowite jest to, że kiedyś nieosiągalną myślą wydawał mi się zakup laptopa. Kupiłam go. Kolejnym marzeniem była profesjonalna lustrzanka. Po pewnym czasie również i ją kupiłam. Później zapragnęłam wydawałoby się najbardziej nierealnego. Chcę mieć swoje mieszkanie. I dziś właśnie się w nim obudziłam. To uświadomiło mi jedną podstawową rzecz: chcieć to móc i nie ma rzeczy niemożliwych! Komunał? Tak, ale ilu z nas nie wierzy?! Wielu!

A ja na swoim przykładzie już to wiem! Bo warto. I warto mieć wokół siebie takie osoby, jakie szczęście mam posiadać ja. Pchają w górę, nigdy w dół!

Mogę odhaczyć kolejne zrealizowane przedsięwzięcie i wyznaczyć sobie następne! Bezcenny moment!









niedziela, lutego 02, 2014

Trudne rozstanie...

Był moim pierwszym. Długo na niego czekałam, często myśląc, że nigdy mi się nie przytrafi. Okazało się, że nie był wcale aż tak nieosiągalny i niedostępny. Przeżyliśmy wspólnie ponad 6 lat. Razem się uczyliśmy za dnia, a wieczorami oglądaliśmy wspólnie filmy. Zjeździliśmy pół Polski i kawałek Europy. Można powiedzieć, że prawie w ogóle się nie rozstawaliśmy.  Był powiernikiem moich największych sekretów. Wiedział dosłownie wszystko i zawsze tą wiedzę zatrzymywał tylko dla siebie.

Dobrze nam było razem, właściwie nigdy mnie nie zawiódł. Nigdy niczego nie komplikował ani nie utrudniał. Pozwalał mi na nieograniczony kontakt z przyjaciółmi. Nie miał pretensji gdy czasami zaniedbywałam go przez kilka dni lub wyjeżdżałam gdzieś, zostawiając go samego. Nie był zazdrosny, marudny ani nawet odrobinę nudny. Nie wymagał więcej niż delikatnego dotyku przed zaśnięciem.

Akceptował muzykę, której słucham, nieustanne buszowanie po sklepach i długie plotki z koleżankami. Wspólnie się uczyliśmy, planowaliśmy podróże, bywało, że śmialiśmy się nieustannie! Był nieocenionym pomocnikiem w załatwianiu wszelkich spraw.

A teraz ja okazuję swoją niewdzięczność. Zostawiam go dla innego.
To prawda, że ostatnio trochę wolniej trybił i czasami zawieszał się na dłuższą chwilę przy bardziej skomplikowanych czynnościach, ale wciąż jest w stanie mi służyć. Tylko warczy niesamowicie głośno, że w nocy spać nie można, a w kulminacyjnych chwilach nawet dźwięk z głośników zagłusza. Trochę mi szkoda tej wspólnej przeszłości, ale...

... ten nowy ma taką piękną linię, jest smukły i zgrabny. Leciutki, czuły na dotyk i reaguje w zawrotnym tempie. Rozdziewiczanie go daje ogromną satysfakcję. Z każdą minutą odkrywam jego nowe możliwości, chociaż początki mieliśmy trudne. Czuję, że połączy nas coś wyjątkowego!

To nowa, świeża i ekscytująca znajomość.

Żegnaj HP i witaj HP :)





wtorek, stycznia 21, 2014

Urządzam mieszkanie - cz. V - zawodowo wydaję kasę

Dopiero teraz zaczynam odczuwać jak wielką frajdą jest wydawanie kasy i robienie zakupów.
Umówmy sie, że wiedziałam to już od dawna, ale to co przeżywam teraz to orgazmiczne doznanie.
Tak, nigdy nie sądziłam, że kupno tostera lub czajnika da mi taka radochę, ale tak jest. Poprostu czuję, że jestem w swoim żywiole. I wiem skąd to poczucie...

Kiedy chodze po galeriach handlowych, zawsze gdy tylko coś mi wpadnie w oko nasuwa mi się myśl, nad którą zapanować nie potrafię: czy ja tego potrzebuję? a potem kolejna: czy to jest warte swojej ceny?

I tak połowa uroku i fanu znika, a w głowie toczy się walka. Walka rozrzutnej, beztroskiej mnie z tą powściągliwą, opanowaną i rozważną. Skutek jest różny, ale nawet jak wygra ta pierwsza to i tak satysfakcja z zakupów jest o połowę mniejsza. Gdzieś tam z tyłu głowy szamoczą się jakieś zabłąkane myśli w skutek których nie potrafię aż tak cieszyć się z kolejnej pary butów, na którą tyram w pocie czoła.

Ale wróćmy do tego co dzieje się ze mną teraz, bo ten stan jest fantastyczny! Wchodzę do sklepu, przemierzam półki, rzucam wzrokiem i omiatam okolicę, dokonuję błyskawicznego wyboru, chwytam za pudełko i kieruję się w stronę kasy. Zajebiste! 
Rozważna i opanowana JA siedzi cicho, bo doskonale wie, że ja poprostu tego wszystkiego potrzebuję! Toster - wiadomo! Kto nie miał sytuacji, gdy wracał późną nocą do domu po upojnej, pełnej szaleństw nocy i pierwsze kroki kierował do kuchni, by przygotować sobie ciepłego tosta z ciągnącym się serem i ketchupem? On poprostu musi być! Bez czajnika też się nie obędzie. Nawet teraz czuję tą zakupową euforię! 

Jeszcze nie wiem tylko do końca czy ten cały fenomen zakupowy to wynik tego, że urządzam swoje mieszkanie i to jest takie ekstra, czy to, że w końcu mogę kupować dużo i bez ograniczeń? Zupełnie mi nie przeszkadza, że nie kupuję sukienek ani torebek, a są to np. mop i deska do prasowania... to jeszcze warte jest przemyślenia.

niedziela, stycznia 19, 2014

Urządzam mieszkanie - cz IV - terminy, a co to są terminy?

Kolejne odkrycie dotyczące urządzania mieszkania za mną: terminy nie istnieją, albo są bardzo płynne.

Śnilo mi się, że rano wstałam, wyjrzałam przez moje gigantyczne okno, omiotlam wzrokiem pół Warszawy, a potem na balkonie napiłam się kawy opierając nogi o barierkę. Tylko, że to niestety był tylko sen.
W rzeczywistości nie mam łóżka, nie mam kuchni, a na balkonie leży śnieg! Jedyne co jest, to wielkie okna i ten widok! Dobre i to.

Mam wrażenie, że od dłuższego czasu, gdy ktoś zadaje mi pytanie "kiedy się wprowadzasz?", ja odpowiadam "za tydzień". Tygodni mineło już wiele, a ja wciąż wszystkim mówię "za tydzień". Za każdym razem wydaje mi się to bardzo realnym terminem, aż do momentu gdy nie zadzwoni Magik i nie powie, że "Pani Marto, majstrzy dwa dni nie będą pracować, bo jeden ma tragedię w rodzinie", potem dzwonią ze sklepu, że musili na kilka dni wyłączyć piec hartowniczy (nie wiem czy tak on się na pewno nazywa) i na zamówienie będzie trzeba kilka dni dłużej poczekać.. Nawet sklepy internetowe mnie oszukują i najpierw piszą, że dostawa w 24h, a po złożeniu zamówienia dzwonią i mówią, że "potrwa to 2-3 dni, bo akurat tego sprzętu nie mamy w chwili obecnej na magazynie".

Wszystko miało być już teraz, zaraz, za chwilę, bez opóźnień, na czas. Najszybsze, najsprawniejsze, od ręki - acha! Na pewno! Takimi tekstami to oni ich, ale nie mnie!

Spoko, za tydzień sie wprowadzam :)


Kolejna dawka inspiracji wnętrzarskich:





pics.: 
www.myidealhome.com
www.pinterest.com
www.myworldapart.com




sobota, stycznia 11, 2014

Urządzam mieszkanie - cz III - śmigło w dupie!

Już miesiąc minął od momentu kiedy odebrałam klucze i wraz z ekipą mojego Magika wkroczyliśmy do mieszkania. Pisałam już o trudach bycia dizajnerem, o kolejnych trudach dotyczących poruszania się alejkami sklepów budowlano-wykończeniowych, a dziś napiszę o kolejnej trudnej kwestii - o tym, że czerwona strzała musi być zawsze zatankowana i w gotowości, bo w trakcie remontu nie znasz dnia ani godziny kiedy sytuacja zmusi cię do podróży. 

Po miesiącu doświadczeń już wiem, że nie wyobrażam sobie dwóch rzeczy:

- nie posiadać auta
- remontować mieszkanie oddalone o długie kilometry od obecnego miejsca zamieszkania

Moje ostatnie tygodnie to niekonczący się kurs pomiędzy obecnym miejscem zamieszkania, nowym mieszkaniem a niezliczoną liczbą sklepów. W Leroy Merlin już witają mnie z imienia, w Castoramie od samego wejścia mam swojego osobistego doradcę. IKEA nie ma przede mną żadnych tajemnic, ich ekspozycje znam na pamięć. Pracuję jeszcze na obslugą w OBI, ale zapewne to kwestia czasu.

Jak dzwoni do mnie Magik, to od razu się spinam, bo zawsze zaczyna słowami: "Pani Marto, mogę zająć pół minutki?" Odpowiadam: "Pewnie". I kończymy po 15!

Codziennie robię obchód po wszystkich sklepach w okolicy. "Pani Marto, zabrakło 3 paneli", "Pani Marto brakuje dwóch białych płytek", "Pani Marto, trzeba dokupić jeszcze jedną srebrną listewkę", "Pani Marto, proszę podjechać, bo nie wiemy na jakiej wysokości montować półkę", "Pani Marto, Pani Marto, Pani Marto..." Ta historia nie ma końca.

W tygodniu, po wyjściu z pracy, zjeżdżam do domu przed 22.00 i zasypiam jak dziecko z trudem znajdując siłę, by zamienić z kimś jeszcze kilka słów.

Oprócz tego, że jestem szefem i wizjonerem to obstawiam stanowiko kuriera i centrali telefonicznej obsługując Mamę, Magika, Pana od drzwi, Pana od drugich drzwi, Pana kuriera i wszystkich innych miłych Panów po drodze.

Śmigło w dupie to za mało!

A! I żeby było jasne, wcale się nie użalam ;)

Druga część inspiracji...







fot. tumblr.com

wtorek, grudnia 31, 2013

Kilka spostrzeżeń z przedsylwestrowych przygotowań - studium mojego przypadku

Jest godzina 17.00, właśnie umęczona usiadłam w sypialni na łóżku. Rozglądam się dokoła i własnym oczom nie wierzę, że to pobojowisko powstało dzięki tym delikatnym rączkom. Moim rączkom. 

Teza nr 1. Kobiety muszą mieć garderobę.
Gdybym miała garderobę oddzielną, a nie w sypialni to moje łóżko nie wyglądałoby teraz jak ciuchland po eksplozji. Niestety znaczna większość zawartości szafy leży skotłowana właśnie na nim. Zanim wyjdę będę to musiała niestety posprzątać, bo jak wrócę sponiewierana nad ranem to ani mi w głowie walczyć z tymi szmatami.

Zaznaczam, że do tej pory nie znalazłam zestawu idealnego na ten wieczór. Zrobiłam postęp, bo o 14.00 miałam tylko buty. Teraz mam spódnicę, chociaż tutaj jeszcze nic nie jest przesądzone.

O 15.00 jeszcze latałam za rajstopami. W efekcie kupiłam 5 par! Czarne i cieliste, grubsze i cieńsze, a każde innej firmy. Zawsze mam stres, że jak je założę to zaciągnę, albo okaże się że mają za mało lajkry, albo za dużo, albo odcień nie taki. Teraz mam wybór. Chociaż jedna para musi być odpowiednia. 

Chciałam też kupić szampana i coś do chrupania. Biedronka - kolejka stała juz nawet po koszyk, a ta do kasy zawijała się gdzieś hen między regałami. Mój wzrok tak daleko nie sięgał. Poszłam do Simple - analogiczna sytuacja. Czy wszyscy dostali sraczki i muszą w Sylwestra robić zakupy?

Kolejny mój dzisiejszy paradoks. Przecież ja nie lubię Sylwestra, a szykuję się conajmniej jakbym na rozbieraną randkę szła. Nogi mimo że gładkie to musialam pro forma maszynką przejechać. Na twarzy mam maskę, która gwarantuje same cuda - więc czekam. Paznokcie malowałam dwa dni temu, ale muszę je pomalować raz jeszcze, no bo... no bo jak inaczej?! 

Czuję, że to dopiero początek moich przygotowań, a już jestem zmęczona. Nie wiem co przyniosą kolejne godziny, strach pomyśleć

Życzcie mi szczęścia i wytrwałośći.

Co za oksymoron, ale na szczęście ostatani w tym roku ;)





piątek, grudnia 13, 2013

Urządzam mieszkanie - cz II - Blondynka na zakupach

Umiejętności zakupowe wyssałam z mlekiem matki - tak twierdziłam, aż do dziś!

Galerie handlowe nie mają dla mnie tajemnic. Między wieszakami poruszam się zwinnie niczym gazela przmierzająca bezleśne, pustynne tereny. Źrenice automatycznie powiekszają się, oko bystrzeje, a kąt widzenia zyskuje instynktownie kilka dodatkowych stopni. Rzucam spojrzenie i momentalnie wyłapuje perełki na których warto zawiesić oko na dlużej.

Tak. Tak właśnie wyglądam, kiedy idę za potrzebą nowej sukienki, albo pary butów. Jestem w swoim żywiole.

Dopiero dziś uświadomiłam sobie, że istnieją tereny przeze mnie nie odkryte, dzikie i zupełnie mi obce. 

Pierś do przodu, głowa do góry i wkraczam w świat Liroy Merlin. Wyjmuję ściągę z kieszeni i czytam punkt po punkcie. A tam np:

1. Grunt szczepny
2. Kształtki pod zaciskarkę
3. Uklad zapłonowy


Chwilę stoję jak sierota zastanawiając się, w którą stronę pójść. Intuicja mnie nie zawiodła i po kilku minutach odnalazłam coś, co pasowałoby do opisu wspomnianego gruntu szczepnego. Nie chcąc popełnić błędu, proszę o pomoc pana z obsługi. Całe szczęście, że kręci się ich tam wielu, a widok samotnej kobiety, która wygląda na zagubioną, lekko zdezorientowaną i nie mającą większego pojęcia o tym na co patrzy utwierdza ich w przekonaniu, że trzeba iść takiej na ratunek...

- Przepraszam, czy moge prosić pana o pomóc?
- Naturalnie... - widziałam ten uśmiech a raczej uśmieszek pod nosem. Pewnie przeczuwał, że może być wesoło.
- poszukuję gruntu szczepnego - odparłam zdecydowanie i pewnym głosem
- Właśnie pani przed nimi stoi - nie dość, że nie wiem o co pytam to jeszcze nie umiem doczytać etykiety.
- Ale czy to na pewno ....? Mój Magik napisał ciut inaczej... - jest lepiej, nie dość, że nie wiem o co pytam, nie umiem doczytac etykiety to jeszcze podważam jego kompetencje. Brawo!
- A do czego to ma być dokładnie? 
- ......... - i to był ten moment długiej ciszy, potem klasycznie zatrzepotałam rzęsami, dorzuciłam pół uśmiech, uniosłam lewą brew i bezradnie wydukałam: nie wiem ?!
W momencie kiedy zrobiło mi się najgłupiej na świecie, zdałam sobie sprawę ze swojej beznadziejności, totalnej niewiedzy, a do tego doszła świadomość, że jestem tą blondynką z dowcipów, miły pan nie dawał za wygraną i kontynuował. Zajęta byłam dośc mocno analizą swojej nieporadności i przeszukiwaniem zakamarków pamięci w poszukiwaniu jakiegoś tropu, który pozwoli mi wybrnąć z tej sytuacji kiedy nagle dotarły do mnie jego słowa, a brzmiały mniej więcej tak:
- ... (coś tam, coś tam) głębokiej penetracji?
A teraz wyobraźcie sobie moją minę, wybałuszone oczy, z przerażeniem, zdziwieniem, albo lekkim niedowierzaniem wypowiedziane:
- Słuuuuuucham? - tutaj też trzepotałam rzęsami - nie było wyjścia.
Teraz pan się zmieszał i spokojnie powtórzył:
- No... impregnat gruntujący głęboko penetrujący, np Atlas? 

Aaaacha. Wzięłam i wyszłam. Takie zakupy, to żadna frajda. 


Odrobina inspiracji :)








poniedziałek, listopada 11, 2013

Ekspresowa rozmowa, bo kawa to podstawa.

Niedawno doszło do mnie, że urządzanie mojego mieszkania jest naprawdę na wyciągniecie ręki. Nie odliczam już w długich miesiącach, a spokojnie mogę przerzucić się na tygodnie. To wzbudza maksymalną ekscytację. Wszystko, w najmniejszym szczegole będzie zależało ode mnie.

Kilka lat temu, kiedy wyobrażałam sobie tą chwilę, wiedziałam, że bezapelacyjnie muszą znaleźć się w nim dwie rzeczy. Jedną z nich zdradzę Wam dziś. Ponadto oprócz ujawnienia tego przedmiotu, bedziecie mogli przecztać rozmowę z osobą, która doskonale zna się na temacie i zdradziła kilka istotnych faktów dotyczących wyboru odpowiedniego sprzętu. O czym mowa? Chodzi oczywiście o ekspres do kawy!


Osoby, które odwiedzają mnie dość regularnie wiedzą, że nie zaczynam dnia bez kawy. Wiedzą również, że nie wyobrażam sobie bez niej spotkania z moimi dziewczynami. Przy kawie łapię minuty tylko dla siebie, relaksuję się, odpoczywam, skupiam, zwalniam tempo. Doceniam jej smak, aromat i wygląd.


Z tego względu nikogo nie zdziwi fakt, że ekspres do przyrządzania idealnej kawy obowiązkowo musi znaleźć się na moim kuchennym blacie.


Z Olą Kryśkiewicz pracującą w firmie DJP Sp z o.o. spotkałam się, by uzyskać kilka informacji dotyczących wyboru optymalnego sprzętu na potrzeby domowe.

        
Dlaczego warto wogóle zainwestować w ekspress?
Po pierwsze ze wzlędu na smak i na zdrowie. Odpowiednia długość parzenia kawy, w optymalnej temperaturze, przy zachowanych właściwych proporcji daje najbardziej aromatyczny wywar pozbawiony szkodliwych substancji, których kawa zawiera kilkaset rodzajów (z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę).

Czyli inwestycja w ekspres to również dbanie o zdrowie, a nie tylko o smak?

Dokładnie. Idea parzenia kawy polega na tym, że z 7 g zmielonej kawy powstaje 25 ml płynu, które przelewane jest przez 25 sek, a wszystko w odpowiedniej temperaturze ok 90 stp. Bez ekspresu nie mamy szans na idealne poranne espresso.

Jaki budżet powinnam przygotować, by kupić sprzęt, który spełni oczekiwania przeciętnego uzytkownika i smakosza kawy?

Na dobry sprzęt, który będzie służył nam długi czas i parzył naprawdę dobrą kawę powinniśmy liczyć się z wydatkiem rzędu do ok. 3 tys. pln.

Na jaki sprzęt powinnismy się zdecydować szukając dobrego ekspresu? Wiem, że na rynku mamy wybór spośród kapsułkowych, ręcznych i automatycznych.

Na pewno nie polecam ekspresów kapsułkowych. Jej wady można wymieniać w nieskończoność . Po pierwsze jesteśmy zobowiązani do picia kawy zawsze jednego producenta, często w ogólnym rozrachunku kawa kosztuje nas dużo więcej niż przy użytkowaniu pozostałych ekspresów, ponadto opakowanie kawy w plastik, który później poddawany jest działaniu wysokiej temperatury, nie tylko wpływa na smak produktu końcowego, ale i na zawartość chemiczną naparu. Mamy znacznie większy wpływ na to co pijemy, kupując kawę mieloną przez producenta, nie wspominając już o ziarnistej do samodzielnego mielenia.

Przekonałaś mnie. A jeżeli miałabym wybierać spośród ręcznego lub automatycznego?

Tutaj wszystko zależy  od naszych osobistych preferencji i czasu jaki chcemy poświęcić na przygotowanie kawy. Z obu rodzajów sprzętu uzyskamy ją równie dobrą. Kwestia jest tego, czy poszukujemy wygodnego rozwiązania, które przygotuje esencjonalną kawę zaraz po naciśnięciu guzika, czy równie dużą przyjemność jak smakowanie, czerpiemy z samego jej przygotowania.  

Wchodząc do sklepu po odpowiedni ekspress na co w pierwszej kolejności powinnam zwrócić uwagę dokonując wyboru? Czym się kierować?

Bardzo istotne są elementy, z których jest wykonany, czyli to co jest w środku. Jeżeli znajdują się w nim komponenty plastykowe powinniśmy od razu zrezygnować z tej maszyny.

Ponadto, jeżeli decydujemy się na ekspres z młynkiem warto zwrócić uwagę na skalę grubości mielenia ziaren kawy. zersza skala pozwala idealnie zmielić każdy rodzaj kawy, a tych na rynku mamy całe mnóstwo. Przy okazji warto spojrzeć na materiał, z których wykonane są żarna (ostrza za pomocą których mielimy kawę). Najbardziej wytrzymałe, a zarazem najlepsze są żarna stalowe.

A z rzeczy mniej istotnych?

Jeżeli lubisz latte lub capuchino zwróć uwagę na funkcję spieniania mleka. Masz do wyboru dyszę, za pomocą której ręcznie spieniasz mleko przy użyciu pary pod cisnieniem lub system cappucinatore, który zrobi wszystko za Ciebie przy pomocy gumowego wężyka wlożonego do pojemnika z mlekiem.
W zależności czy kawę pijesz w kubku, czy filiżance zwróć uwagę, czy ekspress na który chcesz się zdecydować ma regulowana wysokość dysz, z których płynie kawa.
Powinniśmy wiedzieć również, że ekspresy automatyczne są znacznie większe od ekspresów ręcznych. Warto  wziąć pod uwagę ich gabaryty i możliwości przestrzenne naszej kuchni.


Mam nadzieję, że rozmowa z ekspertem pomoże Wam dokonać wyboru sprzętu, który spełni w stu procentach Wasze oczekiwania.

Ja czuję się o wiele mądrzejsza i świadoma tego, jaki ekspres będzie idealny dla mnie.



piątek, listopada 01, 2013

Hot Mix !!! Październik

Kolejny miesiąc za mną. Bałam sie załamania pogody i wszechobecnego zimna, ponurej aury, ciemności, ale nic takiego się nie wydarzyło. Październik zaskakiwał dodatnią temperaturą i pogodą.

Miałam kilka rzeczy w planach w tym miesiącu i z różnym skutkiem udało mi sie je zrealizować. No nic, lista listopadowa bedzie dłuższa :) Nie martwi mnie to, bo wszystko co jest to do jest przyjemnością :) 

Październik kończę nowymi postanowieniami (pamiętacie rzucone wyzwanie?) i świetnie mi idzie. 
Dodatkowo na dniach roztrzygam akcję pod ustalonym kryptonimem LIST i wysyłam do Was listy :) 

Tymczasem zapraszam Was na fotorelację z minionego miesiąca :)


Dopiero te podsumowania uświadamiają jak wiele się działo i jak było fajnie :)


Bemowo









The Wildest Night Party by Desperados
KOŃtakt bezpośredni :)